Potęga wulkanu

12 Kwi 2018 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

Potęga wulkanu

12 Kwi 2018 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

Merbabu to tylko początek naszej wulkanicznej trasy. W całej Indonezji znajduję się ich aż 167, z czego 77 jest aktywnych, co czyni ten kraj najbardziej aktywnym wulkanicznie na świecie. My ograniczyliśmy się tylko do paru z nich. W zasadzie to dalszy plan zakładał odwiedzenie dwóch najbardziej popularnych, a co za tym idzie, również najbardziej obleganych turystycznie. Mowa tu o wulkanie Bromo oraz Kawah Ijen i właśnie o nich będzie ten wpis 🙂

Do Probolingo dojechaliśmy nocnym busem po 8 h, względnie komfortowej jazdy. Zastrzeżenia można mieć jedynie do kierowcy, który pędził autobusem na złamanie karku, a wydawało się, że przy każdym ostrzejszym zakręcie wypadniemy z drogi, bo tak naszym busem mocno zarzucało na boki. Pomijając to niedogodność, było ok i dotarliśmy już chyba 0 4 byliśmy na miejscu. To miasto miało być tylko stacją przesiadkową. To stąd odjeżdżają busiki do Cemoro Lawang, wioski znajdującej się niedaleko wulkanu Bromo. Problem tkwił w tym, że busiki te odjeżdżały tylko i wyłącznie wtedy kiedy się zapełniły lub ktoś przemiły dołożył kwotę za brakujące osoby. W ten oto sposób utkwiliśmy tam i czekaliśmy aż 5h, zanim zebrało się 7 osób i już względnie opłacało się jechać (nominalna cena powinna wynieść 35k rupii my zapłacliśmy po 70k rupii od osoby). W tym czasie zwiedzaliśmy dworzec autobusowy, siedzieliśmy i nawet zjedliśmy śniadanie. W toalecie na dworcu biegały ogromne karaluchy (zresztą w ogóle w miastach tutaj, wieczorem, wszędzie karaluchów jest mnóstwo – i bynajmniej, nie są specjalnie małego rozmiaru) i tak jakoś zleciał nam ten czas. Nasze oczekiwanie zrobiło się trochę bardziej znośne, kiedy pojawili się pierwsi turyści, czech, napakowany (napompowany do granic możliwości, tak, że we wiosce nawet robił pompki na ulicy :O) z dziewczyną. Przybycie Any i Tima z Holandii pozwoliło nam ruszenie w końcu do wioski. To jest właśnie jedna z wad podróżowania poza sezonem, żeby dojechać w miejsce turystyczne trzeba się trochę namęczyć. Wszystko inne jest świetne, noclegi się zawsze znajdą, główne atrakcje nie są dziko oblężone przez białych.

Droga do wioski była dość mocno kręta. Nie pamiętam ile już jechaliśmy ale coś koło godziny na pewno. Nie było to najlepsze przeżycie dla Michała, któremu zaczęły się pierwsze (i na szczęście ostatnie) problemy żołądkowe w Indonezji. Ana i Tim byli tak sympatyczni, że podążyliśmy za nimi do ich miejscówki, licząc, że znajdzie się tam i miejsce dla nas. Wioska, położona na wysokości 2217 m nie przywitała nas specjalnie serdecznie. Chłód i wszechobecna mgła raczej nie pozwalała zachwycić się tym miejscem. View Hostel oczywiście nie miał żadnego „view”, chyba że chodziło o ten widok z naszego okna na ścianę sąsiedniego budynku. Dla Michała jednak miał bardzo ważną w tym momencie zaletę – była ubikacja :d Niewielka cena skłoniła również i mnie i niedługo potem rozkładaliśmy już nasze rzeczy w niewielkim pokoiku. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że połowę pobytu przyjdzie nam spędzić tam bez prądu. Niby nie aż tak straszna rzecz, ale jeśli jest zimno, pada i nie za bardzo ma się po co wychodzić to już robi się gorzej. Jeszcze gorzej się robi, jak sobie uświadomimy, że brak prądu = brak wody. Wszystkie pompy tu działają na prąd i wtedy nie mamy wody. Do umycia się, do hmm spłukania wody w ubikacji ? Próbowaliśmy interweniować, ale nikogo z obsługi hostelu w nim nie było. Taki oto świetny przybytek. Potem, prąd wrócił za sprawą generatora – a właściciel tłumaczył się, że to tak w całej wiosce. Nie wnikam, ważne, że była woda 🙂 Po odpoczynku, korzystając jeszcze wtedy z braku prądu wybraliśmy się na mały spacer po wiosce, ale ciężko było ją dostrzec w tej nieprzebranej mgle. Klimatu dodawał fakt, że prawie wszystko było pozamykane, nikogo na ulicach. No świetny klimat na horror 🙂 W trakcie spaceru znaleźliśmy także „sekretne” wejście o parku narodowego. „Sekretne”, ponieważ większość ludzi o nim wie, dzięki różnym wpisom blogowym w internecie. My dowiedzieliśmy się o nim jednak od jednego gościa, który z nami czekał na postoju busów w Probolingo. Ten sympatyczny Balijczyk powiedział, że do parku narodowego Bromo-Tengger-Semeru można wejść za darmo, korzystając z … dziury w płocie zaraz obok hotelu Cemara Indah. Postanowiliśmy sprawdzić czy to prawda. I tak, rzeczywiście, dziura jest, a za nią prowadzi ścieżka, którą miejscowi używają do wchodzenia do parku z końmi (na których turyści mogą się przejechać jeśli mają ochotę i pieniądze). Zaskoczyła nas jednak budka z ochroniarzem postawiona tuż obok. Co prawda wydaje się, że to ochrona hotelowa ale trochę jednak nas odstraszyła. Jednak wystarczy podejść z drugiej strony a strażnik nas już nie zobaczy. Więc zamiast wchodzić drogą zaznaczoną na mapie do hotelu, idziemy drogą w kierunku punktów widokowych i zaraz za rozstajem dróg (jedna idzie do hotelu i dziury w płocie) skręcamy w lewo w kierunki dziury, ale bardziej po prawej stronie. Trzeba iść przez krzaczory, ale to żaden wielki problem 🙂 Tak więc można wejść do parku za darmo.

Teraz pewnie pojawiłyby się głosy, co za Polska cebula itd. My skorzystaliśmy z tego i wcale ani trochę poczucia winy nie mieliśmy. Ceny wejścia do parku rosną z roku na rok wykładniczo (bynajmniej nie po to, żeby ochraniać przyrodę), wjeżdżający samochodami do wioski nawet są kasowani dodatkową opłatą. To jednak słaba wymówka. Chodzi o to, że w większości, te pieniądze nie docierają do parku narodowego, żeby dbać o to miejsce. Strażnicy biorą mnóstwo kasy do swojej własnej kieszeni. To też jest powodem, dlaczego mieszkańcy wioski często nawet nie zwracają uwagi na ludzi idących do dziury w płocie. I baa nie jest to w żadnym wypadku tylko polskie podejście – dziurą wchodzą holendrzy, niemcy i pewnie jeszcze sporo innych nacji. Także ja polecam również ten sposób dostania się do parku. Zapewniam Was, wydacie jeszcze mnóstwo pieniędzy na inne, często abstrakcyjne i na pewno nie tanie, bilety wstępów w całej Indonezji.

Plan na następny dzień był ustalony. Jedyna niewiadoma to było zdrowie Michała. Po kolacji z Timem i Aną jednak stwierdziliśmy, że da radę i poszliśmy spać. Następnego dnia wyszliśmy o 3:50 rano. Trochę spać nie dał pewien Francuz intensywnie rozmawiający przez telefon, ale nie było źle. Rano, ubrani, z czołówkami szliśmy najpierw na punkt widokowy na wschód słońca. Mgła była bardzo mocna, tak, że światło czołówek pozwalało nam widzieć jedynie na metr, może dwa. Szliśmy w kierunku Seruni Point II. Nie chcieliśmy wchodzić na samym szczyt (chyba Seruni Point I) ani na King Kong hill, jako, że słyszeliśmy, że z tego punktu widoki są równie piękne, a droga znacznie krótsza. Miało to duże znaczenie dla naszego planu dnia, w którym chcieliśmy iść jeszcze nad krater (przez dziurę w płocie :)) a potem dostać się jeszcze do Probolingo. Zdecydowanie, był to bardzo dobry ruch. Na nasz punkt widokowy doszliśmy wystarczająco wcześnie. Wdrapaliśmy się na jeden z daszku, zajęliśmy najlepsze pozycje i czekaliśmy spokojnie na wschód. Widok schodzących w doliny chmur oraz samego Bromo (2392 m) w towarzystwie innych wulkanów Kursi (2581 m), Batok (2440 m) w tle z górującym majestatycznie Semeru (3676 m) był bajeczny. Szczególnie, że wierzchołki wulkanów wystawały z chmur przypominających dywan waty cukrowej. Byliśmy przygotowani, że będzie dużo turystów i było ich całkiem sporo, jednak nasze miejsce na daszku rządziło i nie przeszkadzali nam ani trochę w tym spektakularnym widowisku. Ciekawie z drugiej strony jak wyglądałoby to w sezonie. To musi być istne szaleństwo. Na szczęście nam się udało.

Podczas schodzenia widzieliśmy Indonezyjską parę w czasie sesji ślubnej i wykorzystaliśmy okazję. W końcu to zawsze nas pytają się o zdjęcie, więc tym razem to my podbiliśmy do nich i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie 😀

W drodze powrotnej już nie było mi tak do śmiechu, ponieważ dolegliwość Michała sięgnęła i po mnie, więc trzeba było znacznie przyspieszyć kroku, żeby zdążyć do hotelu 🙂 Na szczęście nie było tak, źle, poszliśmy na śniadanie i o 8 już przekradaliśmy się dziurą do parku narodowego. Trochę drogi w dół i znaleźliśmy się już w „Sea of Sand”, morzu piasku, które trzeba przejść, aby dostać się do krateru. Droga zajmuje około 40 min i nie jest w żadnym wypadku trudna, jedynie trochę piachu wulkanicznego może się dostać do butów. Na końcu czeka nas wchodzenia po schodach na krater i podziwianie z bliska tego niesamowitego widowiska. Na krawędzi trzeba trochę uważać, pewnie szczególnie wtedy kiedy jest wiele turystów, bo barierki są niskie i tylko na krótkim odcinku. Zdarzyło się kiedyś, że zleciał do wulkanu pewien Francuz, ale był podobno pijany. Wrażenia jednak z krawędzi krateru bezcenne, gazy wydobywające się z wnętrza wulkanu wyglądają naprawdę oszałamiająco.

Powrót wyglądał tak samo, z różnicą, że trzeba wchodzić pod górę. Tu już się nie kryliśmy i przeszliśmy obok budki z ochroniarzem bez zbędnego krycia się. Pewnie w drugą stronę też można było, ale mieliśmy trochę stracha 🙂 Bus do Probolingo udało się załatwić dość sprawnie, pomimo, że czekaliśmy już z innymi ludźmi na wynajęte taxi. W drodze do Probolingo ustalaliśmy jak dojechać do Ijen, naszego następnego celu podróży. Zrezygnowaliśmy z wejścia na Semeru, ponieważ nie byliśmy w stanie ustalić, czy można już wchodzić na Semeru (na większość wulkanów na Jawie, Bali i Lomboku można wchodzić dopiero od 1 kwietnia). Musielibyśmy tam dojechać co też nie było łatwe (czytaj tanie), zresztą byliśmy już nieco wykończeni. Ustaliliśmy, że do Ijen łatwiej będzie nam się dostać z Banyuwangi, które też jest bliżej Bali, na które mieliśmy się udać w następnej kolejności. Wiedzieliśmy, że w Probolingo jest sporo oszustów na dworcu, i próbowaliśmy ich ominąć. Historie z fałszywymi kontrolerami biletów wyłudzających pieniądze nie były nam obce. Jednak i tak daliśmy się oszukać. Odciągnięto nas od fajnego busa i powiedziano że inny jedzie bezpośrednio do Banyuwangi. Miało być 5h tak jak było napisane w przewodniku. Cena było ok .. ale ok dla tamtego, dość wygodnego busa, nie dla tego którym przyszło nam jechać. Podróż ciągnęła się. Wiele przystanków po drodze, widzieliśmy nawet dokładnie taki sam bus jak nasz leżący w rowie, właśnie co dopiero wypadł z trasy. Czyli jednak to nie moja fobia, ale ta autobusy jeżdżą jak popieprzone tutaj. Podróż „umilały” nam występy artystyczne – zazwyczaj dzieciaki wsiadały, zagrały jakąś piosenkę i chodziły zbierając kasę za swój występ. Nad całym autobusem czuwał boss przybytku – kontroler. Widać było jak tu wszystko ogarniał. Tak, że nawet powiedział, że autobus wysadzi nas przed hotelem z Banyuwangi albo przynajmniej udawał, że zrozumiał. Może też mu się żal nas zrobiło i na jednym z przystanków … przyniósł nam jedzenie, za darmo, nie chciał kasy od nas. Wielki plus, bo jeszcze nie wiedzieliśmy, że nasza podróż potrwa jednak dłużej i to w nienajlepszych warunkach. Z Bossem pożegnaliśmy się niedługo potem, ponieważ mieliśmy się przesiadać do innego busa. Oczywiście w Probolingo nas oszukano, że ten bus jedzie bezpośrednio. Straciliśmy na to mnóstwo czasu i podróż z planowanych 5h przedłużyła się do ponad 8h i nawet nie dojechaliśmy do centrum, tylko gdzieś na jego obrzeża. W busie byliśmy ściśnięci jak  sardynki, ale koleś przed nami nie krępował się przeglądać na komórce filmów porno i innych tego podobnych treści. 2h pasażerowie wokół niego, kobiety, mężczyźni a on chyba planuje co będzie oglądał jak wróci do domu. Dość osobliwy jegomość 😀 Przynajmniej poprawił nam nieco humor, bo mieliśmy z niego niezły ubaw. Później było gorzej, bo zrobiło się zimno, a deszcz trochę jednak chlapał do wnętrza busa.

Totalnie wykończeni dotarliśmy do hotelu (Green Ijen Hotel). Mogliśmy się zdecydować na zwiedzanie Ijen następnego dnia, ale było po 21, a pobudka na Ijen.. miała być o północy. Zdecydowaliśmy, że robimy sobie dzień przerwy, na odpoczynek, pranie itd. Jakby nie patrzeć, dwie noce wcześniej byliśmy w namiocie i ledwo co spaliśmy, następny nocleg był w autobusie, a potem znowu wstawaliśmy o 3 rano. Tego było już trochę za dużo i najzwyczajniej w świecie nasze organizmy odmówiły posłuszeństwa.

Banyuwangi jednak, pomimo, że nie jest to turystyczne miasto, pozytywnie nas zaskoczyło. Jedzonko na chodniku w parku z przepysznym sokiem z awokado oraz snackami z tofu i świat od razu staje się lepszy. W ciągu naszego wolnego dnia spacerowaliśmy sobie, po mało turystycznych miejscach, poszliśmy na plażę, skąd było już widać Bali i tak powoli mijał nam dzień. Za wejście na plaże chciano od nas kasę, ale było to perfidne wyłudzenie, ponieważ opłata dotyczyła jedynie samochodów. Na szczęście koleś wymiękł gdy zawróciliśmy i powiedział, że możemy wejść. Poszliśmy jeszcze na tart gdzie nakupiliśmy Salaków (Snake fruitów) oraz rambutanków. Na obiad zjedliśmy hmmm grillowane mięso w  … czekoladzie ? Bo nie wiem jak inaczej nazwać smak tego sosu 😀

A pod koniec dnia spotkało nas coś niesamowitego. Otóż wylądowaliśmy w Indonezyjskim domu. Przechadzając się ulicami, zaprosił nas na kawę właściciel. Byliśmy niezwykle zaskoczeni. Mieliśmy posiedzieć chwilę, ale ulewa która właśnie się rozpoczęła zmusiła nas do zostania trochę dłużej. Jestem do tej pory zachwycony, jak ci ludzie na wspaniale ugościli. Niezwykle skromne mieszkanie, a poczęstowano nas kawą, żona zrobiła dla nas pisang gorengi, czyli pyszne, smażone banany. A gospodarz, Gun, był niezwykle ciekawym rozmówcą. Był stolarzem a wiedzę miał ogromną. Wiedział, że Polskę zaatakowały Niemcy i że było to rozpoczęcie II wojny światowej, że potem zaatakowała nas Rosja. Co jak co, ale większość ludzi tu jeśli wie coś o Polsce to jest to tylko znajomość Roberta Lewandowskiego (choć w sumie to akurat ciekawie, ale tu mnóstwo ludzi kojarzy naszego Roberta :)). Szczególnie wzruszające i dające do myślenia były słowa Gun’a, który mówił, że jeśli mielibyśmy problemy z noclegiem to wystarczy zapukać do jakiegokolwiek domu, a większość ludzi nas przyjmie. Jak mówił, muzułmanie to dobrzy ludzie, to nie jest tak, że my jesteśmy terrorystami. My jesteśmy bardzo otwarci, gościnni. Aż przykro mi się robiło, gdy powtarzał do nas kolejny raz, że nie są terrorystami. Ja to wiem, wie to wiele ludzi, ale jednak w świat idzie przekaz taki jaki idzie. Później rodzi się nietolerancja, a trzeba pamiętać, że generalizowanie, stereotypy potrafią być naprawdę krzywdzące. Dowodem tego był własnie spotkany przez nas Gun. Zresztą, w wielu miejscach mieliśmy okazję przekonać się, jak muzułmanie są tutaj przyjaźni i otwarci na innych. Żyją tu w zgodzie i z chrześcijanami i hinduistami. A mówimy o kraju, w którym żyje najwięcej muzułmanów na świecie. W trakcie naszej pogawędki nawet mieliśmy okazję posłuchać nawoływania z minaretu. Myśleliśmy, że ogłuchniemy, ponieważ minaret znajdował się ściana w ścianę z domem naszego dobrodzieja. Gdy tylko przestało padać, zebraliśmy się do domu, na pożegnanie, zrobiłem im zdjęcia, bo to jedyne jak mogliśmy się w tej chwili im odwdzięczyć. Byliśmy zachwyceni tym spotkaniem, jedna z najlepszych rzeczy jaka się nam przytrafiła w czasie wyjazdu – bo można to powtarzać do znudzenia, ale to nie atrakcje (choćby te najlepsze), ale ludzie są największym skarbem do odkrycia. Tylko przez kontakt z nimi, można się dowiedzieć więcej czegoś o życiu w ich kraju.

Dobra, więc nasz dzień wypoczynku był naprawdę owocny. Mieliśmy teraz jechać do samotnego wulkanu, ponieważ Ijen, oznacza samotny. Czemu tam akurat ? Z prostego powodu – jest to bardzo znane miejsce, gdzie z dna wulkanu, górnicy wydobywają siarkę i na swoich barkach wnoszą bardzo ciężkie, parodziesięcio-kilowe kosze z tym surowcem. Wyjazd był o godzinie 0:30 ale byliśmy gotowi już na 0:00. Michał zresztą nawet nie poszedł spać, ja się 2h zdrzemnąłem. Bez swojego środka transportu ciężko tam dojechać (żeby nie powiedzieć, że to prawie niemożliwe), w związku z tym zorganizowaliśmy sobie wycieczkę z właścicielem hostelu. Zawiózł nas na miejsce, został w samochodzie i dając nam maski gazowe, latarki, poinstruował, jak dojść na miejsce. Nie było to trudne, ponieważ razem z nami szły całe zastępy turystów. Czemu szliśmy o tak wczesnej porze ? (ok 2:30 zaczęliśmy wchodzenie) Mianowicie, siarka przy kontakcie z tlenem wchodzi w reakcję, która skutkuję spalaniem się w bardzo spektakularny sposób. Mówi się o tu o niebieskich ogniach. Widać je dobrze jedynie w nocy. Szykując się na to człapaliśmy powoli do góry, do krawędzi wulkanu, a potem.. na jego dno. Pomimo, że jest to zabronione, raczej nikt sobie nic z tego nie robi 😀

Na dole stężenie siarki może być szkodliwe dla zdrowia, stąd maski okazały się użyteczne. Szczególnie jeśli wchodziło się w dużą chmurę siarkowych oparów. Droga na dół była stroma i śliska i co jakiś czas trzeba było przepuszczać idących w górę górników. Respekt dla nich u mnie wzrósł ogromnie, gdy widziałem w jakich warunkach muszą oni pracować. Jednak spokojnie, to bardzo intratna posada i bardzo wiele osób bije się o to, żeby móc tu pracować, ponieważ pieniądze są znacznie lepsze niż gdziekolwiek indziej. Warunki jednak proporcjonalnie są cięższe i bardziej szkodliwe dla zdrowia. Na dole było naprawdę ciekawie, trochę przeszkadzał siąpiący lekko deszcz. Jednak zdecydowanie najbardziej uciążliwe nie było to, ani nie opary siarki – to co irytowało najbardziej to turyści. Jak przed chwilą opisywałem, przychodzi się tam w nocy, żeby oglądać niebieskie ognie. Przewodnicy ciągle upominają, żeby gasić latarki. Jednak ci uparcie chcą „podświetlić” ognie, żeby było lepiej widać, co daje efekt odwrotny. Totalnie irracjonalne zachowanie. Tak bardzo, że raz czy dwa Michał nie wytrzymał, i krzyknął, żeby wyłączyć latarki używając niezbyt miłego języka. Poskutkowało, niestety tylko na chwilę. Szkoda, jednak i tak widoki były ładne. Może nie tak spektakularne jak sobie wyobrażałem, ale jednak nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem.

Potem wejście na górę, gdzie mieliśmy oczekiwać na wschód słońca. Z powodu deszczu i brzydkiej pogody wycieczki zawróciły i poszliśmy tam sami. Oprócz nas u góry spotkaliśmy dosłownie paru ludzi. A widok był przecudny. Pomimo chmur, ogrom krateru, wielkie jezioro z wyraźnie żółtymi śladami siarki robiły wrażenie. Nie mogłem uwierzyć, że tyle ludzi to ominęło. Wspaniałe widoki. W drodze powrotnej spotkaliśmy gościa z USA który się gdzieś przy krawędzi przewrócił i rozwalił trochę nogę, ale nic poważnego. Bardziej miał szczęście, że nie zleciał na dół, bo było tam jednak bardzo stromo i trzeba było być czujnym, żeby nie zrobić nic głupiego. W drodze powrotnej przy wejściu do krateru nie było już nikogo. I była to świetna okazja do pogadania z górnikami o ich pracy, o tym jak to widzą. Michał nawet mógł sobie podnieść kosz z siarką. I nawet dał radę unieść, gorzej było ze zrobieniem jakiegokolwiek kroku z takim ciężarem na plecach. Rozmowa była przesympatyczna, przede wszystkim nikt od nas nic nie chciał – a wiemy, że gdy są tłumy turystów, to nawet za zrobienie zdjęcia trzeba płacić. Tymczasem oni sami chcieli, żeby robić im foty 🙂

Kolejne świetne spotkanie – aż żal było wracać. A droga powrotna, ze względu na pogodę była bardzo hmmm … mroczna ??

Wróciliśmy i obudziliśmy Johana, właściciela hotelu, który nas tu przywiózł. Johan zawiózł nas jeszcze nad wodospady, ale byliśmy zbyt zmęczeni, żeby się nimi jakoś zachwycać, zresztą nie było to nic specjalnego, porównując szczególnie to co widzieliśmy parę godzin wcześniej.

Potem powrót do hotelu, śniadanie ze starszą parą z Kanady, która ..backpackerską podróżowała po Indonezji,a których dzień wcześniej obudziliśmy naszym głośnym gadaniem, kiedy oni chcieli się wyspać przez wyjazdem na Ijen. No cóż, my narzekaliśmy już parę razy, że nie dano nam spać, a okazało się, że nie jesteśmy lepsi 😀 Przynajmniej na usprawiedliwienie mieliśmy to, że nie wiedzieliśmy, że oprócz nas jest jeszcze ktoś w hostelu. Potem Johan (mega koleś, gorąco polecam jego Green Ijen Hostel) zawiózł nas gratis na prom na Bali…

I tak kończyła się nasza niesamowita przygodą z Jawą. A już za chwile .. Bali ! 🙂

 

Merbabu

Powrót z tej strony.

Merbabu

A cup of Java

2018
Kwiecień
12

Potęga wulkanu

08

Merbabu

06

A cup of Java

Luty
26

Ziemia Święta

18

Szalom !

2017
Październik
31

Senegal i Gambia - praktycznie

Czerwiec
19

Kwiecień
01

Ninja na skuterze

Marzec
28

Czuka !

21

Vietlove

20

Hue hue hue

14

Niezły Sajgon

Styczeń
12

Wrażenia z Senegalu

2016
Listopad
21

Toubaby w podróży

16

Gambia

15

Giri giri

13

Baobab city

11

... że nepal Fransuła

02

Paryż - Dakar

Październik
01

Blogowanie według Podróżujemy se

Wrzesień
08

Wiedeń na weekend

Sierpień
17

Film z Peru

Czerwiec
24

Huacachina

21

Cordillera Blanca

21

W cieniu wulkanu

16

Colca

15

Brrrrrrr

11

Macchu Pichu

09

Limo w Limie

06

Pierwsze w Amsterdamie, by jeździć na Lamie

02

Miesiąc miodowy

Marzec
16

Mój mały "świat"

Luty
24

Enoralehu

Styczeń
06

Simien - How To

2015
Grudzień
23

Etiopia

Listopad
13

13 months of sunshine

10

Magia Etiopii

05

Ras Dejen

04

When the dreams come true

04

Simien

Październik
29

Uśmiech w podróży

29

Przywitanie z Afryką

23

Początek nowej przygody

21

Film ze Sri Lanki

Wrzesień
24

Home, sweet home

17

Follow the sun

16

5 o'clock

13

Historia pewnego spaceru

10

Kamyczek

08

Pierwsze wrażenia

06

Dłuuuga droga

04

Witaj świecie ;) !

04

Mamy logo !

04

Jedziemy na Sri Lankę !

Sierpień
30

Kambodża