Merbabu

08 Kwi 2018 - 2 komentarze - by Artur Skrzydło

Merbabu

08 Kwi 2018 - 2 komentarze - by Artur Skrzydło

Właśnie przygotowywaliśmy się do rozbicia namiotu. Michał poszedł za potrzebą a ja krzątałem się wokoło naszego dzisiejszego miejsca noclegowego. Usłyszałem po chwili Michała krzyczącego :

– Artur, chodź zobaczyć widok !
– No, za chwilę, rozpakowuje rzeczy – odparłem bez większego entuzjazmu. Zmęczenie dawało się we znaki, a już sporo dzisiaj widzieliśmy
– Ale naprawdę, MUSISZ to zobaczyć, idź z drugiej strony pagórka

To już mnie bardziej zaintrygowało, rzuciłem rzeczy i obszedłem pagórek, który miał osłaniać nasz namiot przed wiatrem. Chwila spaceru i … oniemiałem z zachwytu. Nie wierzyłem w to co własnie widzę …

Do Selo łatwo dotrzeć nie jest. To taka wiocha, położona gdzieś tam daleko. My zaopatrzeni w mapę i instrukcję mieliśmy trochę łatwiej. To nie znaczy, że łatwo. Najpierw mieliśmy załatwić sklep outdoorowy. Niestety, byliśmy w Yogyakarcie zbyt wcześnie, i wszystko było pozamykane. Siedzieliśmy przed jakimś sklepem i czekaliśmy. Było to dla nas ważne, ponieważ do Selo wybieraliśmy się na trekking na wulkan Merbabu. Na własną rękę, co oznacza, że musieliśmy mieć żywność na dwa dni. Z Polski wzięliśmy liozfilizaty, ale trzeba je czymś jeszcze gorącym zalać. I po to był nam kartusz z gazem, którego niestety samolotem nie można przewozić. I tak czekaliśmy godzinę, potem następną. Wbrew naszym oczekiwaniom nigdzie jednak nie udało się owego kartusza kupić. Nic nie pasowało do naszego europejskiego standardu kuchenek turystycznych. Znowu straciliśmy niepotrzebnie czas i tak będziemy jeść coś na „zimno”.

Następnie, znowu gubiąc się w labiryncie komunikacji miejskiej, podjechaliśmy na dworzec. Tam prosta sprawa – wsiedliśmy do dużego busa do Magalanag i mieliśmy wysiąść w Bablaku. Bułka z masłem. Wysiadamy, szybko znajdujemy stojące nieopodal angkoty (minibusy). Między nami a kierowcami pośredniczą dziewczynki, chyba z podstawówki, które potrafią cokolwiek po angielsku. Niestety negocjować za nas nie ponegocjują, zresztą nie ma czego, koleś rzuca niebotyczną kwotę 300k rupii. Do Blabaka dojechaliśmy za ok 30 a teraz koleś chce od nas 10 razy więcej. Szybku z tamtąd uciekliśmy. Pomaga nam przypadkowy kolo i kieruje w stronę angkotów jadących w pożądanym przez nas kierunku. Szybko rozmowa, i płacimy 7k od osoby, ale tylko do Tlataru. Tam musimy się przesiąść na jeszcze inny bus. Po drodze mijamy typowo wiejskie krajobrazy, pola ryżowe, stacje benzynowe (stoiska z butelkami po absolucie, wypełnionymi benzyną). Jeden z pasażerów wysiadając z busika zaprasza nas do domu, ale odmawiamy. W końcu ostatnia przesiadka. Stoimi po środku wioski i wszyscy mówią nam, że nic nie jedzie do Selo. Jeden z kierowców wykorzystuje sytuację i chce 100k. Gromadka dzieciaków z papierosami w ustach (w Indonezji to chyba wszyscy palą, dzieci, dorośli, starzy, bez wyjątków) próbuje coś tłumaczyć, ale średnio im wychodzi. Hardo odmawiamy i idziemy łapać stopa. Nagle zaczyna padać. Wracamy, ładnie przepraszamy się z Panem kierowca, i płacimy trochę mniejszą, ale nadal ogromna kwotę. Sytuację wykorzstuję połowa wiochy, zabierając się z nami, płacąc od osoby 7k kierowcy. Kierowca szczęśliwy od ucha do ucha, śmieje się, jakby chciał nam powiedzieć – ale was oszukałem ;d Rzeczywiście do Selo mało co jeździ. Jeśli już to w Indonezji angkoty jeżdżą głównie rankiem a było już po 14. Szybko znaleźliśmy homestay, ciężko, żeby nie, skoro jest cała ulica homestayów. Większość jest jednak dopiero w budowie. Z Selo rusza się na trekkingi na wspominany już wcześniej wulkan Merapi lub na nasze Merbabu. Leży w dolinie pomiędzy dwoma wulkanami. Od strony Merbabu nic nie grozi, bo dawno wulkan nie jest aktywny, natomiast Merapi wybuchając, wyzionie w kierunku Kaliurangu, także luz.

Homestay mieliśmy cały dla siebie, czyli mieszkanie z paroma pokojami. To są zalety podróżowania poza sezonem. Spacerem zwiedziliśmy wioskę kupując jakieś konserwy i śmieszne bułki na trekking. Poszliśmy załatwić równie pranie, co by mieć świeże ubrania po powrocie z gór. Zobaczyliśmy napis „laundry” na jednej z chat więc śmiało poszliśmy dowiedzieć się co i jak. Gospodarz nie umiał słowa po angielsku więc, uprościliśmy naszą wypowiedź mówiąc jedynie laundry i gestykulując. Nasz „rozmówca” nie miał pojęcia o co nam chodzi. Po 2 minutach się wkurzyliśmy i zabraliśmy go przed dom i pokazaliśmy napis „laundry”. „Aaaa, yes” – odpowiedział potwierdzająco właściciel. Szok, człowiek nawet nie wie co ma napisane na chałupie ;d Uzgodniliśmy cenę za pomocą kalkulatora i wróciliśmy po paru minutach oddać pranie. Położyliśmy się trochę wcześniej, rano mieliśmy ruszać na trekking. Od spotkanych we wiosce młodych indonezyjczyków, którzy pokonali trasę dzień wcześniej, dowiedzieliśmy się jak ona wygląda, i że padało im przez 12 h praktycznie od momentu startu. Trochę to perspektywą przestraszeni chcieliśmy wyjść nieco wcześniej. I kiedy już tak sobie zasnęliśmy to w okolicach północy usłyszeliśmy jakieś trzaski w mieszkaniu. Byłem trochę zdziwiony bo nikogo oprócz nas tam nie było. Za chwilę huk się powtórzył i nie ustawał, jakby ktoś w coś uderzał. Michał wstał, żeby zobaczyć co się dzieje. Okazało się, że właścicielka mieszkania siedziała i patrzała jak trzech kolesi, tuż obok naszego pokoju rozwalają jakimś prętem płytkę podłogową. Jedyne co koleś wykrzusił to „water” i pokazał na kibel. Nie było jednak żadnych problemów z kiblem u nas. Zresztą kto w ogóle kuje podłogę po północy. Nie mogliśmy wyjść z szoku. Raz, że robią jakąś rozwałkę w środku nocy, dwa, że totalnie ignorują naszą obecność i argumenty, że chcemy iść spać. Musieliśmy to po prostu przeczekać. Rano w miejscu płytki stały kadzidełka i plastikowa miska z kwiatkami zasłaniająca dziure. Ekstra. Ja nie wiem, nie rozumiem tych ludzi :d

Gdzieś wcześniej wyczytaliśmy, że początkowo drogo na Merbabu jest „mild” czyli łagodna. Zanim doszliśmy do początku trasy już byliśmy solidnie zmęczeni. Droga z wioski do wejście do parku narodowego to niezły kawałek wchodzenia. Stromo, ślisko, ale po głównie asfaltowej drodze.

Czekaliśmy z nadzieją na to „mild” ale się nie doczekaliśmy. Zresztą, jak się później okazało, przypadkiem ominęliśmy wejście do parku, dzięki czemu możliwe, że zaoszczędziliśmy kupę kasy za bilet wejściowy. Trasa wyglądała jednak na prawidłową, tym bardziej, że mijaliśmy po drodze opisywane POS 1 i POS 2. (wydaje się, że to takie punkty postojowe i orientacyjne). Pogoda nam sprzyjała, jeszcze nie padało, choć było pochmurnie. W sumie rzecz biorąc to nawet była idealna pogoda do wchodzenia – przyjemny chłodek zamiast ostrego słońca a deszczu brak. Na POS 3 było więcej ludzi (ale to dlatego, że w końcu to był prawidłowy POS). Trochę tam poodpoczywaliśmy. Ekipa z jednego z namiotów przyniosła nam nawet kawałki smażonej ryby do przekąszenia. Zajadając się tym niespodziewanym jedzenie obserwowaliśmy mały „show” małp, które podchodziły dość blisko, licząc na jakieś darmowe jedzonko.

Trochę posilenie ruszyliśmy dalej i zgodnie z oczekiwaniami, droga tutaj ze stromej zrobiła się bardzo stroma.

Ścieżka nie rozpieszczała. Oprócz dużego nachylenia była ona bardzo niestabilna, co rusza obsypywała się ziemia. Taka droga utrzymywała się już do końca, na sam szczyt. Dojśćie do POS 4 i POS 5, pomimo tego, że wycisnęło z nas siódme poty, zajęło nam krócej niż przewidywaliśmy. Plan zakładał rozbicie namiotu w POS 5. Była jednak godzina 13:30. Nie chcieliśmy spędzać tam całego dnia, więc postanowiliśmy, że wejdziemy na szczyt jeszcze dzisiaj a jutro na wschód słońca wejdziemy jeszcze raz. Pogoda dopisywała, robiło się słonecznie, chmury się rozrzedzały. Kolejny raz założyliśmy plecaki i ruszyliśmy w ostatni odcinek na szczyt Merbabu.

Słońce zaczęło palić a droga nie robiła bardziej przyjazna, a wręcz odwrotnie. Teraz już lało się nas masakrycznie. Co kilka kroków trzeba było robić przerwę, na łapanie i uspokojenie oddechu. W trakcie drogi w górę myślałem tylko „I my chcemy to robić jeszcze raz jutro w nocy ? Powaliło nas czy jak ?” W końcu przyszedł kres naszego cierpienia. 3145 metr i szczyt tego wygasłego wulkanu. Olbrzymia ulga, w końcu nie trzeba iść dalej. Słońce piekło, ale jednak horyzont był pokryty chmurami i widok ze szczytu nie zrobił tak wielkiego wrażenia (ale i tak było bardzo ładnie ;P). Nie mniej jednak było bardzo ładnie i planowaliśmy tam i w okolicach spędzić resztę dnia. Oczywiście z naszych planów wyszły nici. Spędziliśmy tam sporo czasu, jednak grzmoty i nadciągające olbrzymie chmury spowodowały, że trzeba opuścić to miejsce.

W połowie schodzenia się jednak wszystko uspokoiło i zdecydowaliśmy się wejść na jeszcze jeden, pobliski pagórek. Tam było podobnie jak wcześniej, i po godzinie zaczęliśmy uciekać przed kolejną burzą. W POS 5 dogoniliśmy chłopaków z Indonezji, którzy byli jedynymi oprócz nas gośćmi na szczycie tego popołudnia. Ich obecność uratowała mi trochę skórę. W drodzę powrotnej pod nogą usypał mi się spory kawał ziemii i się nieźle przewróciłem. Na dole wyglądałem więc jak górnik po szychcie. Koledzy natomiast mieli wilgotne chusteczki i uratowali mi noc, bo nie doczyściłbym się z tego wulkanicznego brudu. Nasi koledzy niestety słabo mówili po angielsku. Pytaliśmy czy wracają jeszcze dzisiaj do Selo (obydwaj przyszli z drugiej strony Merbabu), na co odpowiedzieli, że tak. No ale widzimy, że tam leżą sobie na trawce w POS 5 i nie wyglądają jakby się mieli zbierać. A słońce chyli się ku zachodowi. Pytamy znowu

– Today ? Selo ? („Dzisiaj ? Selo?”)
– Yes, yes („Tak, tak”)
– But it’s late („Ale jest późno”)
– Yes we sleep here („Tak, ale śpimy tutaj”)
– But you said that you go to Selo today („Ale powiedzieliście, że idziecie do Selo dzisiaj”)
– Yes, we go to Selo today („Tak idziemy do Selo dzisiaj”)

No i daliśmy sobie spokój 😀 Chłopaki zostały na noc

 

 

 

Byłem tak zaczarowany widokiem, że popędziłem jak błyskawica z powrotem do namiotu po statyw i z szybkim biciem serca zacząłem go naprędce rozstawiać. Michał za chwilę dołączył do mnie po tej stronie pagórka. Widok na Merapi, najbardziej aktywny wulkan na świecie po prostu zwalał z nóg. Otoczony gęstymi, białymi chmurami w promieniach zachodzącego słońca wyglądał po prostu niesamowicie.

Nie mogłem uwierzyć, że mogliśmy ominąć ten spektakl, gdyby Michała nie przycisnęło do toalety. Za nami nadchodziła jednak wielka, burzowa chmura. Nie sposób opisać tą chwilę, gdy widzi się coś tak cudownego, a za Tobą widać uderzające pioruny, na skórze czujesz chłód wiatru który nagle zerwał się zwiastując burzę. Nie wiedziałem co robić, zdjęcia, czy może uciekać do namiotu. Przedłużyłem moment najbardziej jak się dało a potem pobiłem rekord świata w szybkości składania statywu. Myślę, że mogłem też być blisko rekordu szybkości pakowania się do namiotu. I tak jak to w Indonezji bywa..  była burza, burzy nie ma. Nie spadła nawet kropa deszczu, choć myśleliśmy, że zaraz na wysokości ok 2800 m będziemy mieli burzowy armagedon. Chłopaki z Indonezji chyba jednak wiedzieli co się dzieje i spokojnie rozbijali swoje obozowisko dalej. Jako dobrzy ludzie, daliśmy im jednak nasze 0.5 l wody, ponieważ im już brakło (na opisywanej trasie nie ma żadnego ujęcia wody). Trochę zaszaleliśmy bo nam na dwie osoby na następny dzień został już tylko litr wody, który i tak uszczupliliśmy nieco w nocy. Szybko jednak żałowałem, że daliśmy im wodę. Od godziny 19 do 23 jednemu z nich włączył się jakiś słowotok i nawijał do swojego kumpla BEZ PRZERWY. Trochę słabo bo my chcieliśmy iść spać, o 3:30 mieliśmy pobudkę, żeby wyjść i zdążyć na wschód słońca.. W namiocie natomiast zrobiło się nam bardzo ciepło. Bielizna termoaktywna, śpiwory zimowe, i tak jak szybko w nie wskoczyliśmy, tak szybko je opuszczaliśmy. Jednak nie taki diabeł straszny jak go malują, miało być znacznie zimniej, a pewnie było około 8-10 stopni nawet w nocy.

Poranne wyjście było dość proste. Obudzić się, wygramolić z namiotu, ubrać i na lekko na górę na wschód z czołówkami. Widzieliśmy już światła czołówek w trasie nad nami, także mieliśmy też dobre drogowskazy. Zresztą zaraz wylądowaliśmy w dość licznej grupie podążającej ku temu samemu celowi. Pomimo lekkiego bagażu (ja niosłem tylko sprzęt foto ze statywem) droga wcale nie wydawała się łatwiejsza i znowu ciężko oddychając mozolnie pięliśmy się na szczyt. Dotarliśmy tam na około 40-50 min przed świtem i razem z innymi oczekiwaliśmy na spektakularne widoki. Wszyscy na szczycie byli Indonezyjczykami. Zaskoczyło nas dwie rzeczy. Pierwsza, na szczycie był rozbity namiot. Że co ??? Całą noc waliło gdzieś piorunami, my parę razy uciekaliśmy, bo myśleliśmy że dopadnie nas burza dnia poprzedniego a ktoś na szczycie, samym,  nieosłoniętym szczycie rozbił namiot. Albo my mamy za dużego stracha albo ktoś miał nie po kolei w głowie. Druga to ta, że po chwili zorientowaliśmy się, że nie jesteśmy tam gdzie dnia poprzedniego. Było jeszcze ciemno, ale zobaczyliśmy, że poszliśmy nieco inną trasą. Szczyt ze wczoraj był 5 minut drogi, więc chcąc uwolnić się od tłumów poszliśmy właśnie tam. Bingo ! Tam nie było dosłownie nikogo oprócz nas. Niestety.. spektakularne widoki nie nadeszły. Zaczęło się rozjaśniać ale przed nami widać było … tylko mgłę. Byliśmy zawiedzeni, czekaliśmy 20 min i nic, nic się nie ruszyło. Stwierdziliśmy, że widzieliśmy wczoraj wystarczające cuda i nie można mieć tyle szczęścia naraz. Jednak ono znów się do nas uśmiechnęło. Kiedy już porzuciliśmy jakąkolwiek nadzieję, zziębnięci, chcieliśmy wracać, jak za dotknięciem magicznej różdżki mgła się rozeszła a przed naszymi oczami pojawiło się bezkres fantastycznych widoków. Chmury szalały dając co raz to nowe lepsze widoki. Nie wiadomo było gdzie patrzeć, bo z każdej strony szczytu coś zachwycało, a to Merapi, a to inne wulkany na horyzoncie. Po prostu magia. Przepiękny festiwal kolorów.

W końcu jednak trzeba było schodzić. Sił nam już brakowało, w końcu nic nie jedliśmy a dnia poprzedniego nasze racje żywnościowe było bardzo skromne. Zeszliśmy do namiotu na oparach. Zjedliśmy mielonkę, ale wielokrotnie i mi i Michałowi robiło się niedobrze. Mielonka była ok, ale głód wykręcał kiszki i stąd taka reakcja odrzuceniowa. W drodze na i z powrotem wykończyliśmy naszą resztkę wody, co na pewno nie pomagało. Zebraliśmy namiot i schodziliśmy w dół, jak najszybciej, żeby zdobyć wodę. W POS 3 spotkaliśmy chłopaków, którzy siedzieli tam od tygodnia i poczęstowali nas herbatką, którą robili .. z deszczówki. Ale co tam, herbata uratowała nam życie. Gdy my schodziliśmy, na górę szły wręcz zastępy młodych indonezyjczków, całe masy. Na wszystkich POS-ach było porozbijane przynajmniej parę namiotów – no tak! Dzisiaj sobota, rozpoczął się weekend. Pozytywne zaskoczenie jednak, że tyle ludzi tutaj lubi chodzić po górach, szczególnie, że nie ma tu żadnej infrastruktury. Na dole już prawie dogoniliśmy chłopaków z POS 5 i … okazało się, że jeszcze zostało im to 0,5l podarowanej przez nas wody, ale nie poprosiliśmy o zwrot 😀 W końcu po paru godzinach wróciliśmy z powrotem do Selo. Wycieńczeni i niesamowicie spragnieni. W naszym homestay odebraliśmy część bagaży i wzięliśmy zasłużony prysznic.

Potem już tylko szybki obiadek. I oczywiście kolejny problem.. jak się stąd wydostać. Jak to z naszym szczęściem bywa – ostatni minibus już odjechał. Zostały nam Ojeki, czyli .. moto-taxi. Musieliśmy się jeszcze dzisiaj tylko dostać do Surakarty, żeby .. zdążyć na nocny bus do Probolingo. Ot taki intensywny dzień. Tłumacz google poszedł w ruch i po paru minutach jechaliśmy jako pasażerowie, z naszymi plecakami na dworzec autobusowy. 30 min mocnej jazdy i byliśmy na dworcu. Tam rozmowa jak z innego świata. Było napisane przed dworcem, że to dworzec do Surakarty. Pytamy pasażerów, sprzedawców że chcemy do Surakarty jechać, kiedy będzie bus. A wszyscy do nas, że do Solo (nie do Selo, z którego przyjechaliśmy własnie ;)) mamy jechać i że bus przyjedzie. My zdziwieni mówimy nie, do Surakarty, a oni swoje, że do Solo. My Surakarta a oni Solo. No jakiś cyrk Monty Pythona. Wkurzyłem się, wyjąłem przewodnik i im pokaże na mapie, że chce do Sukaraty. Otwieram przewodnik, patrzę na mapę a tam Surakarta i .. w nawiasie pod tą nazwą jej druga nazwa – Solo. Wybuchnęliśmy śmiechem. Tak, powiedzieliśmy, że chcemy do Solo i wszyscy przyjęli to z dużą aprobatą. My także 🙂 Droga do Solo nie była długa, ale trochę wymęczyło stanie w autobusie przez godzinę… W Solo udało się znaleźć tani bus do Probolingo (pomimo tego, że Panowie od drogich busów bardzo lubią oszukiwać, że inne busy nie jeżdzą ;p). Ufff tyle wrażeń. Kupiliśmy kartę sim i poszliśmy poszukać … piwa. Tak, po tylu emocjach mieliśmy wielką ochotę napić się po prostu Bintanga. Oczywiście znalezienie odpowiedniego miejsca w tym muzułmańskim kraju nie należy do najłatwieszych. Jednak karta sim i google dały radę. Piwko „zaledwie” 10 zł, tak jak wszędzie zresztą i uuuuuuu… piękny moment. W drodze powrotnej zaliczyliśmy jeszcze rybkę w przydrożnej knajpie, gdzie koleś był tak podekscytowany naszą obecnością, że obdzwaniała na skype całą rodzinę, dziewczynę i robił relacją z naszej kolacji 😀

Taaaaak w końcu dotarliśmy do busika, była godzina 21 a nam oczy się już same zamykały ze zmęczenia. Jeszcze rano wchodziliśmy na wschód słońca a teraz po masie innych przygód, będziemy całą noc jechali w busie… O spanie, to jest to. Szczególnie, że autobus całkiem porządny – nawet kabinę dla .. palących miał 😀 Ostatni rząd siedzeń był oddzielony szybą i pasażerowie chodzili tam na dymka :d Echhh człowiek jeszcze tyle nie wie o świecie… 😉

A cup of Java

Potęga wulkanu

Powrót z tej strony.

Potęga wulkanu

A cup of Java

2018
Kwiecień
12

Potęga wulkanu

08

Merbabu

06

A cup of Java

Luty
26

Ziemia Święta

18

Szalom !

2017
Październik
31

Senegal i Gambia - praktycznie

Czerwiec
19

Kwiecień
01

Ninja na skuterze

Marzec
28

Czuka !

21

Vietlove

20

Hue hue hue

14

Niezły Sajgon

Styczeń
12

Wrażenia z Senegalu

2016
Listopad
21

Toubaby w podróży

16

Gambia

15

Giri giri

13

Baobab city

11

... że nepal Fransuła

02

Paryż - Dakar

Październik
01

Blogowanie według Podróżujemy se

Wrzesień
08

Wiedeń na weekend

Sierpień
17

Film z Peru

Czerwiec
24

Huacachina

21

Cordillera Blanca

21

W cieniu wulkanu

16

Colca

15

Brrrrrrr

11

Macchu Pichu

09

Limo w Limie

06

Pierwsze w Amsterdamie, by jeździć na Lamie

02

Miesiąc miodowy

Marzec
16

Mój mały "świat"

Luty
24

Enoralehu

Styczeń
06

Simien - How To

2015
Grudzień
23

Etiopia

Listopad
13

13 months of sunshine

10

Magia Etiopii

05

Ras Dejen

04

When the dreams come true

04

Simien

Październik
29

Uśmiech w podróży

29

Przywitanie z Afryką

23

Początek nowej przygody

21

Film ze Sri Lanki

Wrzesień
24

Home, sweet home

17

Follow the sun

16

5 o'clock

13

Historia pewnego spaceru

10

Kamyczek

08

Pierwsze wrażenia

06

Dłuuuga droga

04

Witaj świecie ;) !

04

Mamy logo !

04

Jedziemy na Sri Lankę !

Sierpień
30

Kambodża