A cup of Java

06 Kwi 2018 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

A cup of Java

06 Kwi 2018 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

Ostatnio wszystko staje na głowie, niedawno pisałem jeszcze z Izraela, teraz leci post z drugiego końca świata – Indonezji. Pozostałe posty z Izraela jeszcze się pojawią, ale, żeby być na bieżąco będę pisał teraz o podróży po najliczniejszym muzułmańskim państwie świata.

Indonezja wpadła do głowy po krótkiej, acz intensywnej burzy w mojej głowie, co zrobić z miesiącem wolnego czasu, który niespodziewanie się pojawił. Padło znowu na kierunek azjatycki. Olga już urlopu nie miała, więc moje myśli szybko pobiegły do Michała, z którym mieliśmy okazję już jechać do Senegalu i Gambii. Zresztą, nie ma to jak dwóch programistów Java na Javie 😉 Właśnie ta wyspa jest jednym z głównych celów. To najbardziej zamieszkana wyspa Indonezji, którą zamieszkuje ok 160 mln ludzi, z całej populacji 261 mln (Indonezja w ogóle jest 4 krajem na świecie pod względem liczby ludności). A teren całej Indonezji jest wręcz przytłaczający ogromny. Szybko z myśli w stylu czy będziemy mieli tam co robić przez niecały miesiąc, przeszliśmy do myślenia, czy rok to wystarczający czas na odwiedzenie tego niezwykle różnorodnego państwa.

Podróż przebiegła dość dobrze. Najpierw pociąg do Warszawy, samolot do Doha a potem luksusowy lot do Dżakarty, stolicy Indonezji. Czemu luksusowy ? Trzy rzędowy samolot, prawie pusty i wszyscy mogli w zasadzie wyłożyć się na trzech siedzeniach i spokojnie przetrwać 9h lotu (z dodatkiem wina pokładowego, żeby spało się lepiej). Przylecieliśmy o 22 czasu lokalnego (6h różnicy w stosunku do Polski). Na szczęście informacje zebrane wcześniej okazały się nieprawdziwe i o takiej później porze (w zasadzie to 23 już po odebraniu bagaży) kursują jeszcze publiczne autobusy Damri do miasta. Stolicę wszyscy zgodnie polecają ominąć i taki był nasz plan, nocleg i spadamy rano do Yogyakarty. Nie dostaliśmy zarezerwowanego pokoju, ale ciężko było ustalic dlaczego, bo niestety poziom angielskiego był taki, że chłopak z recepcji tłumaczył na google translate i pokazując na francuskie tłumaczenie próbował nas przekonać, że to po angielsku. Nic, przeżyliśmy jedną noc w pokoju bez okna. Rano w końcu uciekamy. Wczesna pobudka i o 7:30 byliśmy na dworcu głównym. Kupno biletów – tu już angielski język klasa, dostaliśmy dwa piękne, nowiutkie bilety na 8:30. Szybki checkin (tak, trzeba z biletem kolejowym w kasie iść do elektronicznego punktu, by wydrukować sobie już właściwy bilet) i poszukiwanie jedzenia. Nie wahając się długo poszliśmy na kurczaka do sieciówki fastfood .. CFC. Smakowe, tymbardziej, że przez pomyłke dostałem podwójną porcję. Napełnieni 5 minut do pociągu zmierzamy na peron. Kontrola biletów przed wejściem. I ups.. jednak ten angielski pani z okna nie był taki najlepszy a moja czujność jeszcze gorsza. Dostaliśmy bilety na 8:30 .. ale na następny dzień. Szybka akcja, może się uda jeszcze. Niestety Pani w okienku już nam nie sprzeda biletów. Ok, przeżyjemy. Kiedy następny pociąg ? Tu już nie przeżyjemy – okazało się, że o .. 16:30. Dodatkowo, musimy zapłacić za przebookowanie biletów, mimo, że to nie nasza wina była. Pierwsza duża wtopa. Do Yogyakarty jedzie się 8h pociągiem, 12 h busem. Stwierdziliśmy, że nic, jedziemy tym o 16:30 i ruszliśmy na „zwiedzanie” stolicy. Skończyło się na tym, że upał, wilgotność powietrza i przede wszystkim jet lag, dosłownie nas powaliły. Mieliśmy siły, żeby położyć się plackiem na trawie w jednym parku i przenieść się do drugiego gdy w poprzednim skończył się cień 😀

Pociąg zrekompensował upały przyjemną klimatyzacją, jechaliśmy jakąś bardzo dobrą klasą (ale innej nie było), z ogromną ilością miejca na nogi, więc można było pospać (co jeszcze bardziej rozregulowało nasz biologiczny zegar)

Do stolicy centralnej Jawy dotarliśmy w jeszcze gorszej godzinie bo 40 minut po północy. Na szczęście mieliśmy już zarezerwowany hostel. Tani jak barszcz, bo 15 zł od osoby za noc. Z sporym śniadaniem. Ruszyliśmy w kolejną fale upałów i na dobry początek oszukano nas, z przedstawieniem artystycznym, a raczej miejscem, gdzie artyści wytwarzają batik. Batik to taka technika artystyczna na tkaninach ale nie będę się podejmował opisu :d Tymbardziej, że procesu tego nie widziałem. Za to dzięki temu małemu kłamstwu lokalnego oszusta, nie dotarliśmy na przedstawienie muzyczne w pałacu sułtana. Kraton, bo o nim mowa, był całkiem fajnym miejscem. Tam akurat poznaliśmy paru ludzi, którzy zdecydowanie poprawili nasze pierwsze wrażenie. Uśmiechy, przywitanie, bezinteresowna chęć pomocy i oczywiście obowiązkowe selfie z „białym”. Nastrój zepsuł trochę deszcz, ale można było pochodzić muzeum.

Wcześniej odwiedziliśmy, albo inaczej, odnaleźliśmy wodną twierdzę. Nie było to najłatwiejsze zadanie. Ale daliśmy radę, nie jest to jednak nasza ułomność, a raczej zamierzony efekt, ponieważ sułtan chciał ukryć twierdzę, zatrudnił architektów, i w ten sposób część pałacu znajduje się pod ziemią. Ciężko znaleźć do niej wejście, nie jest to najlepiej oznaczona atrakcja w Indonezji. Drogę wskazała nam pani która zerwała się z pod swojego mieszkania na równe nogi, gdy tylko usłyszała nasze pytanie o drogę do Tamran Sari. Zapytała :

–  Do you need guide ? … or alone ?  – dodała nieśmiało

– Alone – i pomyśleliśmy, że powie nam na razie, w końcu chciała zarobić. I wbrew naszym oczekiwaniom, pokazała nam drogę bezpłatnie. Człowiek jeszcze potrafi się zaskoczyć 😉

Tamran Sari w całej okazałości

Już na początku poznaliśmy parę słów – pierwszym to Nasi Goreng – czyli smażony ryż 😀 Co drugi uliczny sprzedawca próbuje ściągnąć przechodniów na to proste i smaczne danie (kurczak z ryżem z przyprawami). Poznaliśmy też zupki Baso, czy Belimbing (star fruit) pyszny, odświeżający owoc. Tak bardzo się nam te nazwy owoców spodobały, że nawet kupiliśmy Apeltuk Super, który był taki super, że nie zauważyliśmy, że to niedojrzałe awokado 😀

Skoro nasz dzień już był wypełniony małymi wpadkami to nie mogło zabraknąć i innej. W deszczu, przeszliśmy pół miasta, do knajpki z przewodnika, i okazało się, że .. w poniedziałki zamknięta. Nie musicie zgadywać jaki mieliśmy dzień tygodnia. W innej obok było też ok, kelnerka podrywała Michała, zresztą wszystkie dziewczyny uśmiechają się tu do nas jakbyśmy byli jakimiś gwiazdami filmowymi. Szczególnie, że jesteśmy poza sezonem i białe twarze można policzyć na palcach jednej ręki. Jest to super rzecz, są miejsca w pokojach, tańsze noclegi i jedzenie, natomiast wadą, jest to, że idzie się do knajpki i nikogo tam nie ma. Dzielnice turystyczne raczej nie tętnią życiem. Do domu wróciliśmy już rowerową rikszą, bo brakło sił a byliśmy już mokrzy jak szczury.

Następne dni stały pod znakiem świątyń. Jednych z największych atrakcji Javy i całej Indonezji. Mowa tu o świątyni Prambanan i Borobodur. Mieliśmy plan jechać do tej drugiej, wielkiego ‚must see’ jako pierwszej, ale okazało się, że żeby jechać na wschód słońca. A biuro turystyczne, zamknęli nam przed nosem dosłownie 3 minuty przed naszym przyjściem. Na pierwszy ogień poszedł więc Prambanan. Mieliśmy optymistyczny plan pojechania tam na rowerach. 17 km w jedną stronę. Zaangażowaliśmy naszą przemiłą gospodynię z hostelu a ta po akcji jazdy riksza a potem skuterem (mieliśmy za nią podążać na piechote :D) zaprowadziła nas do koleżanki z dwoma, nędznymi, rozpadającymi się rowerami. Szybka zmiana planów i chwilę później poznawaliśmy poruszanie się po Yogyakarcie komunikacją publiczną. Kursują tam takie śmieszne małe busiki, z klimatyzacją, pan kontroler od czasu do czasu klika w odświeżacz powietrza a wsiada się do nich na takich podestach, które są przystankami. I tak podjechaliśmy wysiadając w samo południe, największy skwar do światyni. Historia tych świątyń jest dość niejasna, ale jest to w zasadzie miks świątyni hinduskich i buddyjskich. Jest co robić i przede wszystkim na co popatrzeć. Nie ma dzikich tłumów ludzi, choć słońce daje popalić. Wielki plus.

Ja wiem, że klima w busie, no ale no…

Gdzie jest Michał .. ?

Wieczorem wypad na ulice Malioboro, żeby się trochę „polansować”, bo ta ulica tętni życiem, szczególnie po zmroku. Mnóstwo miejsc z ulicznym jedzeniem i siedzeniem na ziemii. Wszystko to wygląda bardzo ładnie, a już na pewno na selfiakach tysiącach osób, które zdają się tam nie robić nic innego, niż szukanie odpowiedniego kadru do tego najlepszego selfie. O dziwo nawet nikt na nas nie zwracał uwagi. Co za zawód, szczególnie, jeśli popatrzymy na to z perspektywy dnia następnego.

Mailoboro

Na Borobodur już tak łatwo się nie dojedzie, ale znaleźliśmy w miarę tani tour (a konkretnie to tylko transport tam z hostelu w godzinach porannych czyli start o 3:45 rano :D). Mknęliśmy szybko i jeszcze po ciemku wchodziliśmy na wzgórze, żeby obejrzeć wschód słońca. Można go też oglądać ze świątyni, ale wtedy już i tak nie mała cena biletu wzrasta o połowę. Ani my ani Ci którzy zdecydowali się na droższą opcję nie mieliśmy jednak szczęścia. Było pięknie, dżungla, mistycznie. Niestety słońca pokazało się na sekundę i znikło za chmurami. Podjechaliśmy pod bramę i tam już było znacznie lepiej, bo wtedy nad świątynia było już słonecznie i dawało to piękny efekt. Świątynia buddyjska zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie. Trzeba było co prawda zrobić sobie zdjęcia z tłumami indonezyjskich nastolatek ale dało radę i zwiedzić ten piękny zabytek z bodajże 9-tego wieku. Wycieczka wykończyła nas jednak mocno i w stanie zombie doszliśmy resztkami sił na śniadanie. W końcu wstaliśmy o 3 rano a była już 10-ta.

Śniadanie, dodało zdecydowanie animuszu, ale tylko na chwilę. Cała energia została spożytkowana na znalezienie odpowiedniego busa komunikacji miejskiej, który zawiezie nas innego busa do Kaliurangu. Tam chcieliśmy zobaczyć lawę wypływająca z wulkanu Merapi i tak nas ta wizja podekscytowała, że chcieliśmy tam dojechać, na wlasną rękę, bez żadnego touru. Biuro informacji turystycznej poinformowało nas jakim busem mamy jechać, i gdzie wysiąść, ale życie bardzo szybko to zweryfikowało. Przy trzeciej przesiadce zaczęliśmy wątpić czy w ogóle ktokolwiek wie jak dojechać na dworzec. Każdy mówił co innego i wysiadaliśmy na zdaje się losowych przystankach autobusowych. W końcu, dotarliśmy. Znaleźliśmy szybko angkota (minibusa) który miał jechać do celu naszego dzisiejszego dnia. Czekaliśmy godzinę aż się zapełni i tym rozlatującym się, pordzewiałym busikiem wyjechaliśmy na trasę. Nareszcie ! Po godzinie snu zorientowałem się, że nadal jesteśmy w Yogyakarcie. I czekamy w miejscu do którego wcześniej nas ktoś skierował, ale nie chcieliśmy wierzyć, że to to miejsce i bus. Znowu oczekiwanie. Mieliśy przejechać 30 km a jeszcze w zasadzie nie wyjechaliśmy z miasta. Żeby nam się nie nudziło, to nastąpiło pierwsze wielkie oberwanie chmury w Indonezji podczas naszego wyjazdu. Wielkie nie jest tu przesadą. Po chwili ulice zamieniły się w rzeki, a nasz busik bardziej przypomniał amfibię z paroma nieszczęśnikami na pokładzie. Przejeżdzające obok skutery chlapały nas wodą przez otwarte drzwi, co starsza pani obok kwitowała gromkim śmiechem, pomimo, że już była dośc mocno przemoczona. Dzielny kierowca zdołał jednak przebrnąć przez wartki nurt i jechaliśmy dalej.

Po wysadzeniu wszystkich pasażerów postanowił sobie za swą dzielność przyznać dodatkową nagrodę. Zatrzymał się niespodziewanie i powiedział :

– Kaput

Patrzymy na siebie z Michałem, przecież działa auto. A kierowca znowu powtarza – Kaput i gestykuluje pokazując na pieniądze

– Przecież zapłaciliśmy ci za dowóz do Kaliurangu.
– Kaput – ripostował kierowca

Pokazał dway raz większa kwote. Udało się zbić cenę na 10k więcej (35k rupii kosztował cały bilet). O dziwo auto nagle odżyło a naszemu „dobrodziejowi” już opłacało się jechać. Deszcz nie przestawał lać. Zacząłem się zastanawiać czy deszcze gasi lawę :d W Kaliurangu szybko schronilismy się w hostelu. Właściciel tego miejsca był bardzo szanowaną osobą, wielokrotnym człowiekiem roku tego regionu, o czymm informowały liczne wycinki z gazet na ścianach. Herbata (a raczej wywar z mnóstwa ziół) z imbirem szybko nas ogrzały(to cudo nazywało się Wutung uhwu). Niestety okazało się, że .. lawy nie ma. Przecież musi być erupcja. Spodziewają się wkrótce ale teraz nie ma nic. Więc tak pokrótce – przejechaliśmy tą droge po to, żeby napić się herbaty. Na szczęście nocleg był tańszy niż piwo, więc nie było aż tak źle. Zwiedzić naookoło też nie było jak, bo ulewa nie ustawała. Więc siedzieliśmy w hostelu. Prysznic był był epicki. Zimny, obok kibel, dużo małych gapiów w postaci różnego rodzaju pająków a najlepsze było okienko na kuchnię, gdzie było widać gościa przyjmującego zamówienia, klientów też, a co. Niech sobie patrzą. Nasz gospodarz jednak włożył całe swoje serce, żeby pomóc nam dotrzeć do Selo, naszego następnego punktu podróży. Narysował mapę, pokazał gdzdie mamy się przesiadać.

Rano natomiast zaprowadził nas i dosłownie wsadził do odpowiegniego busa, tak, żeby kierowca nas jeszcze wysadził przed sklepem outdoorowym, ponieważ potrzebowaliśmy kartusz z gazem. Cud człowiek. I taka była nasza pierwsza filiżanka Javy. Trochę cierpka, trochę słodka. Ale zdecydowanie warta spróbowania 😉

(Kawa na Javie jest zdecydowanie bardzo popularna, to m.in tutaj pozyskuje się najdroższą kawę na świecie – Kopi Luwak. Wiecie to ta kawa, którą zwierzątko o takim samym imieniu przetwarza i wydala, a potem ludzie zachwycają się jej smakiem. Jak dobrze, że nie lubię kawy :D)

Ziemia Święta

Merbabu

Powrót z tej strony.

Potęga wulkanu

Merbabu

2018
Kwiecień
12

Potęga wulkanu

08

Merbabu

06

A cup of Java

Luty
26

Ziemia Święta

18

Szalom !

2017
Październik
31

Senegal i Gambia - praktycznie

Czerwiec
19

Kwiecień
01

Ninja na skuterze

Marzec
28

Czuka !

21

Vietlove

20

Hue hue hue

14

Niezły Sajgon

Styczeń
12

Wrażenia z Senegalu

2016
Listopad
21

Toubaby w podróży

16

Gambia

15

Giri giri

13

Baobab city

11

... że nepal Fransuła

02

Paryż - Dakar

Październik
01

Blogowanie według Podróżujemy se

Wrzesień
08

Wiedeń na weekend

Sierpień
17

Film z Peru

Czerwiec
24

Huacachina

21

Cordillera Blanca

21

W cieniu wulkanu

16

Colca

15

Brrrrrrr

11

Macchu Pichu

09

Limo w Limie

06

Pierwsze w Amsterdamie, by jeździć na Lamie

02

Miesiąc miodowy

Marzec
16

Mój mały "świat"

Luty
24

Enoralehu

Styczeń
06

Simien - How To

2015
Grudzień
23

Etiopia

Listopad
13

13 months of sunshine

10

Magia Etiopii

05

Ras Dejen

04

When the dreams come true

04

Simien

Październik
29

Uśmiech w podróży

29

Przywitanie z Afryką

23

Początek nowej przygody

21

Film ze Sri Lanki

Wrzesień
24

Home, sweet home

17

Follow the sun

16

5 o'clock

13

Historia pewnego spaceru

10

Kamyczek

08

Pierwsze wrażenia

06

Dłuuuga droga

04

Witaj świecie ;) !

04

Mamy logo !

04

Jedziemy na Sri Lankę !

Sierpień
30

Kambodża