Szalom !

18 Lut 2018 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

Szalom !

18 Lut 2018 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

Witajcie po długiej niebecności. Długa nieobecność to niestety oznaka małej aktywności podróżniczej. Mam nadzieję, że w końcu się to zmieni na lepsze. Zaczynamy od mocnego uderzenia czyli na naszym globusie palec wylądował na małym, młodym, ale niezwykle ciekawy państwie. Izrael kusił nas od dawna, ze względu na bezpośrednie i tanie loty. Wizzairem na bliski wschód, to brzmi ciekawie. Po intensywnym styczniu spędzonym na poszukiwaniach nowej pracy, w zasadzie z dnia na dzień, jednego żegnałem się ze starą pracą i kolegami, koleżankami ( których gorąco pozdrawiam) a następnego już siedziałem w samolocie. No dobrze, może nie tak od razu. Wizzair sugeruje, żeby być 2h przed odlotem na lotnisku w Katowicach i mają ku temu powody. My byliśmy tak jak nam w smsie przykazano, a i tak odprawa zajęła naprawdę długo. Staliśmy w kolejce pomiędzy ortodoksyjnymi żydami i co się tam działo. Mało który z nich mówił cokolwiek po angielsku i stąd wynikały wszelkie kłopoty. Wnosili oczywiście mnóstwo napojów, jedli jogurty przed kontrolą, a ich bagaże, oprócz starych ksiąg (moje eksperckie oko nie było na tyle eksperckie, żeby stwierdzić, czy to była tora), sprawiały problemy i każdego z osobna zatrzymywano, wyrzucano coś z bagaży itd itp. Jedna wielka niekończąca się historia.

Izrael przywitał nas .. chłodem. Wylądowaliśmy w Tel Avivie wieczorem i niczego innego się nie spodziewaliśmy. W przeciwieństwie do naszego hostelu, gdzie jednak inaczej wyobrażaliśmy sobie spanie w dormie. Już na początek okazało się, że śpimy w osobnych dormach, męskim i damskim. Przeżyjemy, pomyśleliśmy, jednak dormy wyglądały dość słabo. I nie chodzi o wystrój, słaby widok z okna (heheh :d)

Tylko o naprawdę konkretny brud. Wszędzie się coś walało, pod łóżko strach było zaglądać. Współtowarzysze z pokoju nijak nie przypominali typowych backpackerów. Raczej zmęczonych życiem starszych mężczyzn. Jak się okazało, w naszym hostelu (Momos hostel) ludzie po prostu mieszkają na stałe. Następnego dnia przeniesiono nas już do jednego dormu i tam poznaliśmy Izraelczyka, który pracował całą noc na dyskotece, po czym przychodził pił, spał cały dzień i znowu do roboty. Następnego ranka przywitałem go, gdy ów jegomość był już po trzynastym piwie (tak twierdził, ale jego wygląda raczej nie dawał argumentów, żeby mu nie wierzyć). Nie mniej jednak był on niezwykle sympatyczny i oferował nam nawet swoje żarełko. Może lepiej, że trafiliśmy do jego pokoju niż do lokum z budownikami, którzy byli naszymi sąsiadami.

Zwiedzanie Tel Avivu w zasadzie jest bardzo proste i przyjemne. Wystarczy iść w stronę morza, a potem promenadą, plażą można spacerować przez całe miasto co jakiś czas odbijając w bok, żeby nie przegapić co ciekawszych rzeczy takich jak dzielnica Newe Zedek z domami wybudowanymi przed 20 wiekiem, czy Florentin, ciekawe miejsce z ulicami wypełnionymi muralami.

Przy temperaturze 20 stopni, takie zwiedzanie to wielka przyjemność – można na przykład się położyć w ogrodzie HaPisga i podziwiać panoramę miasta.

Zaraz obok znajduje się Old Jaffa czyli stare miasto. W zasadzie to Tel Aviv jest miastem dość młodym, natomiast Jaffa, która leży na jego terenie, jest miastem, które istniało od wieków. Jest to już niewielki obszar ale zdecydowanie warto się tam wybrać. Można też zjeść w jednej z fancy portowych knajpek, jeśli kogoś cena za fish&chips w wysokości 100 zł nie odstrasza. Nas tak przestraszyła, że zdeterminowani czarną dziurą w żołądkach znaleźliśmy naszą pierwszą miejscówe z jedzeniem. Był to fastfood na Flea market, przyciągnęła nas cena (12 szekli) za falafelka, czyli takiego kebaba z kulkami warzywnymi (u nas w Polsce też spokojnie można się takimi uraczyć). Z tego co wiemy można taniej (w Betelejem falafel kosztował 6 szekli, ale to Palestyna).

Carmel market nas specjalnie nie zachwycił, oprócz jednej rzeczy – baklawy 😀 Wypuściliśmy naszego węża z kieszeni i zafundowaliśmy sobie po .. jednej.

Targ był jednak takim miejscem gdzie zączęliśmy zauważać jedną bardzo fajną cechę, która jak narazie się tu potwierdza. Wszyscy są bardzo ale to bardzo uczciwi – np. dałem zbyt dużo pieniędzy to sprzedawca na targu tylko się rozmieśmiał i wytłumaczył, że dałem mu zbyt wysoki nominał. Podobnie wszędzie, kierowcy wydają autobosów wydają pieniądze „co do grosza”, a jeśli już nie mają jak wydać, to wydadzą reszty więcej. Naprawdę fajna rzecz. To i chilloutowy styl miasta pozwolił nam się czuć w Tel Avivie bardzo swobodnie. Jest to bardzo otwarte miasto, połączenie nowoczesności z rozpadającymi się budynkami. Czuć wielką otwartość. Tylko nasz kolega z dorma (jedyny inny backpacker), Christian z Chorwacji, miał okazję poczuć tą otwartość w mniej przyjemny sposób. Jeden z prowadzących hostel, zaprosił go na dyskotekę, tylko że biedny nasz kolega, nie wiedział, że w … charakterze jego partnera, co się okazało na miejscu 😀 Taki ten Tel Aviv, ciepły, otwarty i świeży – cieszę się, że wrócimy tam naszego ostatniego dnia – na pewno będzie miło posiedzieć sobie nad morzem 🙂

Jerozolima to drugi biegun. Można powiedzieć, że miasto zupełnie inne niż Tel Aviv. Zaskakująco pozytywnie nas zaskoczyło. Nie chciałem się jakoś nastawiać, więc jechałem bez większych oczekiwań. I bardzo dobrze – bo teraz chodzę z wielkim uśmiechem od ucha do ucha. Podróż z Tel Avivu to była formalność, znaleźliśmy dworzec (wygląda trochę jak ten Katowicki przed remontem, tylko parę razy większy), znaleźliśmy autobus na 6 piętrze (!) i płacąc 16 zł/os za bilet pojechaliśmy w krótką, godzinną podróż. Jerozolima przywitała nas trochę chłodniejszą temperaturą ale też słoneczną pogodą. Poszliśmy piechotą do wcześniej zarezerwowane hotelu, wzdłuż jednej z głównej ulic centrum Jerozolimy. Zaskoczyło nas to, jak czysta i ładna była okolica. Każdy budynek w Jerozolimie musi być budowany (lub przynajmniej wykańczany) kamieniem, tak, żeby nie odstawał od reszty miasta. Przynosi to bardzo dobry efekt. Miasto wydaje się spójne i naprawdę może się podobać. Hotel w którym mieszkamy jest w samym centrum, ma aneks kuchenny, także bajka. Przechodzimy na nowy model diety, będziemy jedli zupki chińskie :d I wcinali hummus na śniadanie (gdy to piszę, właśnie uświadomiłem sobie, że na śniadanie, obiad i kolacje jadłem hummus :D). Jako, że zbliżał się szabat, a to nasz pierwszy szabat, musieliśmy się przygotować. Przygotowanie się do tego armageddonu spożywczego objęło kupienie tuńczyka, parę chlebków żydowskich, hummusu, zupki chińskie oraz wino (35 zł, ale to samo wino w markecie poza centrum kupiliśmy za 19,90, więc nie zawsze jest tak drogo, zresztą gdzie w Polsce kupicie wielką misę hummusu za 10 zł ?). Szabat zaczyna się w piątek po zachodzie słońca i kończy się po zachodzie słońca w sobotę. W tym czasie miasta pustoszeją, knajpy i sklepy się zamykają. Więc najprościej mówiąc, trzeba się przygotować, żeby mieć co zjeść 🙂

Po szybkich przygotowaniach, korzystając z dobrej pogody (prognozy na następne dni delikatnie mówiąc, nie napawają optymizem) pojechaliśmy na górę oliwną, żeby pooglądać panoramę tego św miasta trzech religii. Nawet góra Oliwna, jest bardzo podzielona, jeśli chodzi o religię. Otóż na tym wzniesieniu, wg. Pisma Świętego Jezus wstąpił na niebiosa. I tak, cała ta przestrzeń jest zagospodorowana, przez świątynie prawosławne, katolickie, ormiańskie a nawet, muzułmańskie, ponieważ muzułmanie również wierzą w wniebowstąpienie Chrystusa. To na ich skrawku ziemii znajduje się najwyższy szczyt góry Oliwnej, a świątynia tam wybudowana, najpierw przez katolików a dopiero potem przejęta przez muzułman posiada domniemany odcisk stopy Jezusa na skale. Ogólnie historia tego miejsca, jak wielu innych w Jerozolimie jest dość ciekawa i wygląda podobnie – wieki podbojów, przejmowania, niszczenia, odbudowywania i tak w kółko.

Niżej znajduję się bardzo ładna świątynia Pater Noster, którą opiekują się Francuzi i co ciekawe, na jej ścianach znajdują się słowa modlitwy Ojcze Nasz, w 160 językach. Nawet w języku Java 😉 !

To co jednak mnie zachwyciło najbardziej to widok na całą Jerozolimę, z jej charakterystycznym punktem, kopuły na skale, której dach mieni się w złotym kolorze. Wspaniały widok – szczególnie, że pogoda dopisywała i słonca przez chmur dawało niesamowite efekty.

W drodze powrotnej zaliczyliśmy jeszcze groby proroków, które zwiedzaliśmy ze świeczkami z parą Rosjan i mieliśmy niesamowitego fuksa, bo przewodnik tylko dla nich je otwarł. I zapłaciliśmy połowe ceny 😀 Schodząc dalej przechodziliśmy obok wielkiego cmentarza żydowskiego. Z daleko wygląda to trochę jak małe miasto, a to chyba największy na świecie, tak długo funkcjonujący cmentarz. Na górze Oliwnej pochowano ok. 150 tysięcy ludzi. Liczba robi wrażenie, widoki też.

Na dole odwiedzliśmy jeszcze świetny kościół Wszystkich Narodów, obok ogrodu Gethesmani, gdzie Chrystus został wydany przez Judasza. Tam znajdują się najstarsze drzewa oliwne na świecie. Kościół robi również ogromne wrażenie, utrzymany w trochę mrocznym stylu, z pięknymi mozaikami przedstawiającymi scenę wydania Jezusa przez Judasza. A niewiele brakło byśmy ten kościół ominęli. Zresztą znowu mieliśmy szczęście – jak wychodziliśmy brama wejściowa byla już zamknięta. Zaraz obok znajdowała się świątynia, która nam się tego dnia podobała najbardziej, czyli grób Matki Boskiej, a raczej miejsce skąd została wzięta do nieba. Ten przybytek jest administrowany przez wszystkie wspólnoty chrześcijańskie ale klimatem bardziej przypomina kościoły prawosławne. Do miejsca tego prowadzą długie schody w dół, a z sufitu wisi rząd kadzideł. Baaaardzo klimatyczne miejsce.

Końcówke dnia mieliśmy już zdecydowanie lżejszą, choć jeszcze poszliśmy na stare miasto zobaczyć ścianę płaczu. Bardzo ciekawy moment wybraliśmy, ponieważ było już po zachodzie i zaczął się szabat. Pod ścianą była natomiast wielka żydowska impreza. Skakali, śmiali się i wspólnie śpiewali. Choć nie tak do końca wspólnie, ponieważ kobiety były oddzielone w swojej części ściany płaczu (tak przy okazji, kobiety mają tylko 12 metrów dla siebie, z 60 jakie liczy sobie ściana, i nawet za głośno płakać im nie wolno).

Tak więc z miejsca nowoczesnego, przenieśliśmy się do wielkiego tygla religijnego, gdzie śpiew muezinów rozchodzi się po ulicach pełnych ortodyksyjnych Żydów, zmierzających gdziech koło Bazyliki Grobu Pańskiego. Jeszcze nie jestem pewien, co lepsze, ale już chyba wiem gdzie skierowały się moje uczucia 😉

PS. Oczywiście w kierunku Hummusu 😀

Senegal i Gambia - praktycznie

Ziemia Święta

Powrót z tej strony.

2018
Kwiecień
12

Potęga wulkanu

08

Merbabu

06

A cup of Java

Luty
26

Ziemia Święta

18

Szalom !

2017
Październik
31

Senegal i Gambia - praktycznie

Czerwiec
19

Kwiecień
01

Ninja na skuterze

Marzec
28

Czuka !

21

Vietlove

20

Hue hue hue

14

Niezły Sajgon

Styczeń
12

Wrażenia z Senegalu

2016
Listopad
21

Toubaby w podróży

16

Gambia

15

Giri giri

13

Baobab city

11

... że nepal Fransuła

02

Paryż - Dakar

Październik
01

Blogowanie według Podróżujemy se

Wrzesień
08

Wiedeń na weekend

Sierpień
17

Film z Peru

Czerwiec
24

Huacachina

21

Cordillera Blanca

21

W cieniu wulkanu

16

Colca

15

Brrrrrrr

11

Macchu Pichu

09

Limo w Limie

06

Pierwsze w Amsterdamie, by jeździć na Lamie

02

Miesiąc miodowy

Marzec
16

Mój mały "świat"

Luty
24

Enoralehu

Styczeń
06

Simien - How To

2015
Grudzień
23

Etiopia

Listopad
13

13 months of sunshine

10

Magia Etiopii

05

Ras Dejen

04

When the dreams come true

04

Simien

Październik
29

Uśmiech w podróży

29

Przywitanie z Afryką

23

Początek nowej przygody

21

Film ze Sri Lanki

Wrzesień
24

Home, sweet home

17

Follow the sun

16

5 o'clock

13

Historia pewnego spaceru

10

Kamyczek

08

Pierwsze wrażenia

06

Dłuuuga droga

04

Witaj świecie ;) !

04

Mamy logo !

04

Jedziemy na Sri Lankę !

Sierpień
30

Kambodża