Ninja na skuterze

01 Kwi 2017 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

Ninja na skuterze

01 Kwi 2017 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

Wietnam jest łatwy. Bardzo łatwy. Już o tym wspominałem wcześniej. Naprawdę jednak mam wrażenie, że tu wszystko jest podane pod nos. Chcemy pranie, zrobią nam pranie. Szukamy autobusu ? Oczywiście w naszym hostelu można to załatwić bez wysiłku (baa i patrząc na relację czasu i pieniędzy często to jest to najlepszy wybór). Internet ? Bułka z masłem, jest wszędzie. Nie chcę się nam planować chodzenia po mieście ? Jest przecież free city walk tour. Jesteśmy głodni ? Wchodzimy do pierwszej lepszej knajpki, a jest niemal gwarantowane że będzie gdzieś w promieniu 10 metrów. I nawet problemy żołądkowe się tu rzadko zdarzają. No chyba, że akurat ktoś zaszalał w zeszłej nocy przy tanim (90 groszy) i niezłym „świeżym piwie”. Baa chcemy zioło i czy inne uciechy, wystarczy wyjść na ulice. Chcemy owoce, jemy pyszne owoce. I tak mógłbym jeszcze długo długo. Ludzie przyjaźni, mili, starają się po angielsku rozmawiać. Mnóstwo życzliwości. Jest to trochę aż odrealnione, bo przeskakując z poziomu poprzedniego wyjazdu do tego, to jak znalezienie się na dwóch przeciwstawnych krańcach odczuć. Trzeba przyznać, że prowadzi to do lenistwa i trochę mniej ekscytacji, tzw. „przygód”. Dlatego właśnie w Sapie szedłem na trekking bez przewodnika, czy chodziłem byle gdzie po Hanoi, tak ot sobie, żeby trochę złamać schemat. Jednak wiadomo, Azja to Azja, zawsze zdarzy się coś nieprzewidzianego, nawet gdy wszystko jest takie cacy.

Miałem kupiony (a jakże !) bilet na autobus z Sapy do Halong city. Miało być dość prosto. Dojazd do Lao Cai, tam przesiadka w duży sleeper bus, noc w autobusie, o 4 rano jesteśmy w Halong, do 6 nawet możemy spać w busie na miejscu (co za luksus). Niestety, plan się posypał już na początku. Po zebraniu ludzi z okolicznych hoteli i może 30 minutowej jeździe, stanęliśmy w korku. Ruch uliczny zamarł. Nie wiadomo co się stało. Po chwili wszyscy wyszli z busów i rozprawiali, co się mogło stać. Nasz kierowca ni w ząb angielskiego. No to stoimiy. W międzyczasie, pani z okolicznego straganu kroiła ananasy jak szalona, bo takiego utargu to pewnie się nie spodziewała. Ludzie rzucili się na jej stoisko pośrodku nigdzie jakby mieli spędzić tutaj conajmniej całą następną noc. Po dłuższym wyczekiwaniu, kiedy teoretycznie nasz bus z Lao Cai był w drodze do Halong, jedna z pasażerek, która z pochodzenia była Wietnamką dowiedziała się, że przyjadą po nas busy ze strony Lao Cai. Do początku wypadku. Musimy tylko piechotą przejść przez cały korek. Brzmiało sensownie. Gdyby nie to, że w połowie drogi niespodziewanie korek się ruszył i auta zaczęły powoli sunąć do przodu. Było już dobrze po zmroku, więc przemykaliśmy pomiędzy pojazdami, które rozświetlały nam drogę. Akcja wyglądała jak z jakiegoś taniego horroru, albo filmu katastroficznego. Nasza grupa się bardzo rozciągnęła, ludzie zaczęli znikać, w zasadzie znalazłem się w grupie na końcu z 5cioma innymi osobami. Po chwili zobaczyliśmy kierowcę wracającego do autobusu który krzyknął coś w naszym kierunku i wskazał, żebyśmy szli dalej jak idziemy. Po 10 kolejnych minutach trochę się zaniepokoiliśmy.  A jak poznamy te busy ? Czemu kierowca poszedł ? Na szęście w mojej grupie była wspomniana Wietnamka i udało nam się wpakować do jakiegoś busa. Druga grupa osób zniknęła na dobre. Odnaleźli się na szczęście już na miejscu, widocznie też coś złapali. W biurze turystycznym przebookowano nam bilety. Przyjechał po nas w końcu autobus. Zapakowaliśmy do luku bagaże. I wtedy wybiegła pani z biura krzycząc, że mamy się nie ładować do busa, tylko minibusa, który zawiezie nas na dworzec. Wtedy stwierdziliśmy, że oni sobie chyba jaja robią. Przecież już załadowaliśmy bagaże do dużego busa. Oni na to, że ok, i że mamy jechać małym. No i tak jedziemy i jedziemy … A za nami duży bus. Wjechaliśmy na dworzec, wysiedliśmy idziemy po plecaki.. a oni, że mamy wchodzić do dużego busa. No ale to czemu nie mogliśmy wcześniej :D:D ? Nie wiem, nasze bagaże jechały wygodnie a my cisnęliśmy się jak sardynki.  Ufff aaaaa nie jeszcze nie uff. Zostało mi wyznaczone miejsce, pod ogromnym wyziewme klimatyzacji. Nic to, dostałem koc, owinąłem się i modliłem się, żeby nie dostać hipotermii. Na szczęście w czasie jazdy znacznie zredukowano klimę i już  miarę normalnie można było jechać 🙂

Rano to dopiero miałem ból głowy, albo raczej kryzys decyzyjny. Decydować się na jakiegoś tripa, jechać na wyspe Catba czy może załatwiać wszystko na własną rękę. W podobnej sytuacji jak ja było parę innych osób. Naprawdę o 4 rano (w tym autobusie nie można było zostać do 6 : / ) ciężko się myśli. Próbowaliśmy kombinować. Niestety u mnie, ze względu na ograniczoną ilość dni, pozostał pobyt w Halong. Razem z Magnusem ze Szwecji mieliśmy wspólną ideę i poszliśmy razem w ciemno i wykupiliśmy (po pewnych negocjacjach) wycieczkę po zatoce. Mieliśmy 1,5 h do jej rozpoczęcia. Szybko znaleźliśmy hotel, śniadanie w knajpce i bieg na miejsce zbiórki. Oczywiście ja zgubiłem (choć raczej chyba po prostu ich po zapłacie nie odebrałem) bilety i o mało nie dostałem zawału gorączkowo ich szukając. Na szczęście koleś był uczciwy, pamiętał nas i powiedział, że bilety nam są niepotrzebne. Co za noc, co za poranek..

Po tych wszystkich emocjach pozostało już tylko… rozkoszowanie się widokami. A było naprawdę czym. Pomimo dość pochmurnej pogody, zachwyciłem się tysiącami wapiennych wysepek wystających nad poziom morza. Podobno w całej zatoce jest takich aż 1961. Wrażenia jednak wspaniałe. Dzięki temu, że mieliśmy wykupioną wycieczkę, mieliśmy też pływanie kajakami, które było naprawdę fantastyczne. Wyobraźcie sobie szmaragdową wodę i możliwość sunięcia po niej pomiędzy olbrzymi skałami. Magia w czystej postaci. Jakby tego było mało, zwiedzaliśmy również jaskinie. Jedna z nich było szczególnie zachwycająca, i efektu nie psuło nieco jej dyskotekowe oświetlenie.

Na koniec jeszcze wejście na TiTop, skąd rozciągał się widok na całą zatokę lądującego smoka. I wiecie co ? To był tour, dużo turystów, tłoczno, mnóstwo ludzi a i tak nie żałuję ani chwili. To miejsce takie jest, że po prostu oczarowywuje ludzi. Zdecydowanie warto było tu przyjechać.

Wieczorem zapoznałem się jeszcze z drugim Szwedem i tak sobie przy piwie spędzaliśmy czas, relaksując się od nadmiaru wrażeń dnia poprzedniego. Jeszcze recepcjonistka z hostelu podrywała jednego Szweda (kto by nie chciał Szweda ? :D:D) głaskając go po kolanie i mówiąc mu, żeby zostawił otwarte drzwi do pokoju. Sytuacja była komiczna, tym bardziej, że gość był bardzo speszony, a już na pewno nie chciał wchodzić w większą zażyłość z tą nie do końca urodziwą Wietnamką. Ot taka kolejna sytuacja wieczoru.

 

 

Następny dzień mijał powoli. Do południa zdążyłem się przekonać, że rzeczywiście, w Halong City nic nie ma. Nic do roboty. Magnus poszedł wieczorem jeszcze z jakimiś ludźmi do klubu i nieźle musiał poszaleć, bo w zasadzie, gdy o 12 wyjeżdżałem to on jeszcze słodko spał. Wyjeżdżałem natomiast do ostatniego punktu na mojej mapie podróży. Do stolicy – Hanoi. Wiele wcześniej słyszałem o tym mieście. Mnóstwo ludzi narzekało na hałas, korki, smog. Czyli cechy wielkiego miasta. Nawet słyszałem określenie takie jak „Hannoying”.

Stąd moje oczekiwania nie były za wysokie. I może to jest recepta na wszystko, nie oczekiwać zbyt wiele ? Bo ja się w tym mieście zauroczyłem. Ciężko wyjaśnić dokładnie czemu. Może zachwyciłem się życiem tej metropolii. Intensywnością wszystkiego. Tego, że przechodzenie przez jezdnie to wyzwanie i niezapomniane przeżycie. Tego że można wypić wieczorem piwo za 80-90 groszy. Tysiącem zapachów z wręcz niekończących się ulic ze street foodami. Pewnie wszystkim po trochu. Dość niewysoka zabudowa, pomieszanie styli architektonicznych, ale naprawdę ciekawie wyglądająca i dająca pewien klimat miastu. Już pierwszego wieczoru byłem zafascynowany ilością ludzi wokół centralnego miejsca Hanoi – jeziora zwróconego miecza.

Ten zbiornik wodny, jeszcze do niedawna, bo do stycznia tego roku zamieszkiwał ogromny, bardzo ważny dla Wietnamczyków, prawie 100 letni żółw. Niestety mu się zmarło. Żółw jest symbolem tego jeziora, ponieważ w XV w, Le Loi, dowódca i założyciel dynastii Lei, dzięki magicznemu mieczowi, odparł atak chińskiego najeźdźćy. Po zwycięstwie, płynąć po jeziorze, wyłonił się z wody żółw, który zabrał miecz, ukrył miecz i stał na jego straży. Stąd nazwa jeziora. W weekend to istne centrum życia Wietnamczyków i turystów. Ludzie grają w naszą „zośkę”, śpiewają karaoke, co róg rozbrzmiewa uliczna muzyka. Oczywiście, podobnie jak to miało miejsce w innych miastach, tak i tu „grasują” grupki studentów, którzy chcą szkolić się z języka angielskiego 🙂 Jedna osoba mnie zapytała czy nie pogadam i po chwili stało wokoło mnie już 8 osób. Czasem męczące, ale zawsze szalenie sympatyczne. Szczególnie, gdy nie ma się z kim akurat pogadać. Baa korzyści płyną z obydwu stron. Wtedy można się dowiedzieć na przykład, co warto zrobić w Hanoi, co koniecznie zjeść itd itp

Pierwszy wieczór minął całkiem sympatycznie. Spacer, jedzenie, picie. Poza tym ludzie. Wystarczyło siąść w jakimś małym ulicznym pubie i po 10 minutach zaproszono mnie do stolika, gdzie zapoznałem parę naprawdę ciekawych osób. Na następny dzień umówiłem się z Tu Bi. Z tą dziewczyną, o której pisałem w poprzednim poście, którą poznałem w Sapie. Obiecała pokazać mi parę fajnych miejsc w Hanoi, z czego chciałem skorzystać. Nie ma w końcu to jak zwiedzać miasto z lokalsem. Do południa jednak szwędałem się sam zwiedzając parę rzeczy, z czego najbardziej spodobała mi się .. świątynia literatury. To tak naprawdę teren uniwersytetu, najstarszego w Wietnamie. Teraz już tylko pełni funkcję zabytkową, ale przed paroma set lat uczyły się tu najwybitniejsze jednostki w kraju. Miejsce bardzo, bardzo urokliwe. I tłumy turystów też nie przeszkadzały w odbiorze miejsca.

Po drodzę chciałem zwiedzić jeszcze mauzoleum Ho Chi Minha, ojca narodu, gdzie można zobaczyć jego zabalsamowane zwłoki. Taki wietnamski Lenin 😉 Niestety miałem pecha, i akurat było zamkniętę. Na następny dzień, czyli w pon natomiast w ogóle miało nie być otwarte. Nic, będę musiał jakoś przeżyć nie oglądając zwłok komunistycznego lidera z przed pół wieku 😉

Na Tu Bi trochę się naczekałem, ale w między czasie musiałem zmienić hostel, bo na następną noc nie było wolnych miejsc. Turystów tu jak mrówków to i wszystko obsadzone. Liczba hosteli jednak jest tak wielka, że wystarczy się przespacerować i zaraz na pewno coś się znajdzie (chyba, że ma się jakieś specjalne wymagania co do jakości, to można wtedy się trochę naszukać w celu znalezienia wolnego łóżka). I w końcu przyjechała. Tytułowy ninja na skuterze. Ubrana cała na czarno, z maską na twarzy chroniącą przed smogiem  (halllo Polska :D), i z wielkim kijem na plecach. Na początku jej w ogóle nie poznałem. Okazało się, że wraca z treningu kendo, stąd ten kij. „Ooo, będę miał swojego prywatnego bodyguarda ninję” – pomyślałem. Co prawda niezbyt wysokiego, no ale ma kij 😀 I tak wsiadłem na skuter i jeździłem z nią po Hanoi.

Sama jazda po ulicach byłą już wystarczającą atrakcją. Teraz to ja patrzyłem na przechodniów przemykających pomiędzy rojem pędzących skuterów : ) Wrażenie podobne jak z dobrego rollercoastera. Od zabytku do zabytku.

Jedzonko, knajpka  pysznym smażonym tofu w jajecznej panierce mmmmmm. Baa, nawet mogłem przejechać się po słynnym moście, punkcie charakterystycznym Hanoi.  Most Long Bien – to symbol dla Wietnamczyków, ponieważ był on masowo bombardowany przez lotnictwo amerykańskie podczas wojny, ze względu na jego strategiczne znaczenie. Po każdym bombardowaniu jednak Wietnamczycy byli wstanie go naprawiać i przywracać do życia. Teraz to tylko stary, klimatyczy most o długości 1,6km , z bardzo wyboistą drogą. Co odczuł mój tyłek 🙂

Wieczorem natomiast Tu Bi zabrała mnie do dwóch bardzo klimatycznych kawiarni. Ktoś mógłby pomyśleć, że co ?? Że Artur na kawę ? Nic się pod tym względem nie zmieniło 😉 Ale słynnej kawy z jajkiem nie mogłem odpuścić 😉 Do tych knajpek w życiu bym sam nie trafił, pomimo, że znajdują się w samym centrum. Do jednej z nich wchodziło się przechodząc przez dwa sklepy, a potem wchodziło się na drugie piętro przechodząc przez niezbyt miło wyglądające korytarze.  Na miejscu już natomiast skromna, ale przepełniona ludźmi knajpka. Z pyszną .. kawą 😀

Wow, to było naprawdę dobre. Choć ja się akurat mało znam. I to kolejny powód, dla którego zwiedzanie miasta z kimś kto w nim mieszka to świetna sprawa. Nigdy w życiu bym sam do takiego miejsca nie trafił. I nawet to, że w pewnym momencie w tej kawiarni z głośników leciała heavy metalowa muzyka jakoś bardzo nie przeszkadzało 😀 Tak w zasadzie wyglądał mój ostatni wieczór w Wietnamie. Bardzo miło. Rankiem jeszcze spacerowałem po mieście, m.in. żeby zobaczyć tory biegnące pomiędzy budynkami mieszkalnymi (używane nadal podobno :D).  I ostatnie pożegnanie już z tym wspaniałym kraje.

 

Wietnam zdecydowanie zapadnie mi w pamięci. Nie było może tak jak lubię najbardziej, czyli hardkorowo, ale było wspaniale. Cudowne jedzenie. Przemili ludzie. Mnóstwo poznanych osób. Zróżnicowany klimat, od gorącego południa, poprzez nieco tylko chłodniejszą północ. Wspaniała architektura. Wybuchowe Ho Chi Minh czy Hanoi. Natura pierwsza klasa – zakochałem się w Sapie, Ha Long Bay t0 bajka. Ale i tak najfajniejszy był park narodowy Phong Nha – i jego okolice. Cudowne miejsce, do którego na pewno będę chciał jeszcze kiedyś wrócić. Czułem się tam znakomicie. To była kolejna, wspaniała przygoda 🙂

Czuka !

Powrót z tej strony.

2018
Czerwiec
02

Gili gili

Maj
19

Boskie Bali ?

Kwiecień
12

Potęga wulkanu

08

Merbabu

06

A cup of Java

Luty
26

Ziemia Święta

18

Szalom !

2017
Październik
31

Senegal i Gambia - praktycznie

Czerwiec
19

Kwiecień
01

Ninja na skuterze

Marzec
28

Czuka !

21

Vietlove

20

Hue hue hue

14

Niezły Sajgon

Styczeń
12

Wrażenia z Senegalu

2016
Listopad
21

Toubaby w podróży

16

Gambia

15

Giri giri

13

Baobab city

11

... że nepal Fransuła

02

Paryż - Dakar

Październik
01

Blogowanie według Podróżujemy se

Wrzesień
08

Wiedeń na weekend

Sierpień
17

Film z Peru

Czerwiec
24

Huacachina

21

Cordillera Blanca

21

W cieniu wulkanu

16

Colca

15

Brrrrrrr

11

Macchu Pichu

09

Limo w Limie

06

Pierwsze w Amsterdamie, by jeździć na Lamie

02

Miesiąc miodowy

Marzec
16

Mój mały "świat"

Luty
24

Enoralehu

Styczeń
06

Simien - How To

2015
Grudzień
23

Etiopia

Listopad
13

13 months of sunshine

10

Magia Etiopii

05

Ras Dejen

04

When the dreams come true

04

Simien

Październik
29

Uśmiech w podróży

29

Przywitanie z Afryką

23

Początek nowej przygody

21

Film ze Sri Lanki

Wrzesień
24

Home, sweet home

17

Follow the sun

16

5 o'clock

13

Historia pewnego spaceru

10

Kamyczek

08

Pierwsze wrażenia

06

Dłuuuga droga

04

Witaj świecie ;) !

04

Mamy logo !

04

Jedziemy na Sri Lankę !

Sierpień
30

Kambodża