Czuka !

28 Mar 2017 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

Czuka !

28 Mar 2017 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

 

W Wietnamie doskwiera mi jedna rzecz. Właściwie to chodzi o umiejętność i jej brak. Chodzi naturalnie o jeżdżenie skuterem/motorem. Wszędzie niesamowicie łatwo jest się dostać jednośladem, a innymi środkami transportu już nie bardzo. Próbuję czasem piechotą, czasami rowerem. Nie zawsze się jednak da dotrzeć tam, gdzie by się chciało. Oczywiście ja na skuter już nie wsiadam, po moim epickim wypadku w Kambodży. Tu jednak przez chwilę pojawiła się delikatna myśl, kurcze, że trzeba kiedyś spróbowac. Jeśli nie teraz to może następnym razem. I gdy tak sobie gdybałem, spotkałem Moirę, dziewczynę z USA. Moira wyróżniała się wtedy z tłumu. Bynajmniej nie przez swoje blond dredy, a raczej przez podbite oczy, szwy na czole, twarzy i tym podobne nieprzyjemne rzeczy. Jak się pewnie domyślacie, miała wypadek na motocyklu. Moira nie wyrobiła na jakimś wielkim zakręcie i walnęła prosto w klif (przynajmniej tak zrozumiałem). Była ona jednak, dzięki Bogu, bardzo dobrze przygotowana. Pełny kask, profesjonalny kask, ochraniacze. Kask pękł na pół a ona wyglądała jakby właśnie walczyła 12 rund z Mikem Tysonem. Nogi podobno też miała nieźle poobdzierane, kulała i w Sapie, gdzie ją spotkałem, dochodziła do siebie. I naprawdę się dziwie tym tłumom, młodych chłopaków/dziewczyn, którzy w kaskach chyba tylko na pokaz, w szortach, przemierzają nieraz cały Wietnam. Czy w tym kraju chroni ich jakaś niewidzialna siła ? Przecież w Europie jeździliby w profejonalnych ubraniach, pełnych kaskach. Trochę tego nie rozumiem, tymbardziej, że co rusz spotyka się kogoś, kto utyka, ma noge w gipsie itd itp. Na tym też i moje myśli żeby próbować, bez prawka, szybko się skończyły.

Do wspomnianej Sapy dojechałem nocnym busem z mojego małego raju w Phong Nha. Magicznie w jedną noc przeniosłem się z jednego raju do drugiego. Fajna jest instytucja turystycznych autobusów, bo często są porównywalne w cenie do pociągów a nie trzeba latać po dworcach żeby kupić bilet (lub dopłacać za kupowanie online). I wszystko byłoby z tymi autobusami ok, gdyby nie to, że miejsca leżące są raczej dostosowane do Azjatów. Wszystko wygląda ok, wygodnie, fajnie, kurcze, tylko gdyby tak ze 20 cm więcej ? Tak jednak trochę się męczę, a przecież najwyższy to ja nie jestem. Warto jednak „pocierpieć” (śmiesznie to trochę brzmi, porównując to do podróży senegalskimi autobusami), żeby znaleźć się w tej części Wietnamu. Górska miejscowość, niesamowicie popularna, którą ściąga rzesze turystów, pięknymi widokami gór, pokrytych tarasami ryżowymi. Termin może jednak był nie najlepszy, bo to nie termin na uprawy ryżu tutaj. I tak jednak było fantastycznie. Zacząłem z wysokiego A, ponieważ ruszyłem piechotą do Silver Waterfalls. Baa nie wiedziałem za bardzo co to za wodospady, ale miałem parę godzin do zagospodarowania przed zachodem słońca więc pomyślałem czemu nie. Dowiedziałem się, że to w dwie strony 12 km, więc dam radę. Pogoda była taka jak się spodziewałem. Pochmurnie, z bardzo szybko zmieniającą się pogodą. Trasa nie była powalająca, bo szedłem wzdłuż głównej drogi, widoki natomiast zachwycały. Co rusz przedzierało się słońce i byłem świadkiem wspaniałej gry światła i chmur.

Po półtorej godziny zorientowałem się (czemu wcześniej nie użyłem maps me ?), że jednak ta droga to jest 12 km, ale w jedną stronę. Trzy razy potwierdzałem to na recepcji w hostelu, i trzy razy usłyszałem, że 3h mi to zajmie maks, i że na sto procent 12 km w dwie strony. No cóż 😀 Dobrze, że zanim się zorientowałem, zdecydowałem się zawrócić. Dałem sobie 1h30-40 na dojście do wodospadów i tego się trzymałem. Potem zacząłem wracać, bo zaczęło się robić ciemno i bardzo mgielnie, co przy krętej drodze pełnej dużych ciężarówek nie zwiastowało niczego optymistycznego. Na moje szczęście wtedy zatrzymał się Will. Zaproponował mi podwózkę, bo mieszkał w tym samym hostleu co ja. Chwila jazdy i byłem na miejcu. Ufff 🙂

Czas zaoszczędzony na drogę powrotną spożytkowany został zacnie, bo razem z Willem i wspomnianą Moirą poszliśmy „na miasto”, co oznaczało pełen relaks, siedzieliśmy sobie na placyku głównym miasta, z piwem, krakersami. Co ciekawe miało to być najzimniejsze miejsce w czasie podróży, na którę miałem przygotowane znacznie cieplejsze ubrania. Tymczasem tego wieczoru sobie siedziałem na luzie w krótkim rękawku i nawet nie pomyślałem, że może być mi zimno. Ot, takie pomyłki w prognozach pogody bardzo lubię. Nazajutrz miałem już zaplanowany długi trekking. Ok 20 km po wioskach okolicznych plemion. Pogoda była taka sobie, raczej pochmurnie, nie przeszkodziło mi to jednak zachwycić się terenami przez które przechodziłem.

Poszedłem na własną rękę, bo nie chciałem dołączać do żadnego touru. Nieoznakowane trasy, bez przewodnika to jednak łatwa sprawa nie jest. Tak w zasadzie miałem chyba zrobić 18 km, ale zrobiłem grubo ponad 20, ponieważ gdzieś kompletnie zgubiłem trasę. I to była najfajniejsza rzecz jaka mogła mnie spotkać. Chodziłem gdzieś po wiochach, bez turystów, bardzo wąskimi trasami i pytałem wszystkich jak dojść do wioski Lao Chai, która miała być pierwszą na mojej drodze. Widoki były przecudne. Tak w zasadzie jeśli wyobrażałem sobie Sapę z pola ryżowymi, to właśnie w takim wydaniu. Świetna sprawa. Szczególnie, że ludzie byli bardzo pomocni. Kiedy doszedłem w końcu do wioski poczułem trochę rozczarowanie. Mnóstwo turystów, w zasadzie nic specjalnego, stoiska z suwenirami. Przecież tą drogą, którą szedłem było znacznie ale to znacznie lepiej. Widoki, może było niezłe, ale nieporównywalne do tego co widziałem wcześniej. Również następna wioska, i zarazem ostatnia do której miałem plan dojść – Tavan – nie spełniła oczekiwań. W zasadzie było to to samo co wcześniej. Trochę ciekawiej zrobiło się w drodze powrotnej, bo postanowiłem zejść z głównej drogi i pójść jakąś małą, dróżką, którą znalazłem na mapsme. Brawo mapsme. Jakim cudem oni zaznaczyli błotnistą mikro dróżkę wzdłuż rzeczki na szerokość maks 2 stóp. Baaa nawet ciężko powiedzieć było na niektórych odcinkach, że to coś jest drogą. Zresztą na początku już było śmiesznie, bo na scieżce stanął mi byk, i nie było jak przejść, bo było za wąsko. Gdy tylko podchodziłem prychał na mnie złowrogo.

Musiałem czekać aż sobie pójdzie, ale w końcu się przesunał na tyle, że prześlignąłem dosłownie się obok niego. Po drodze też spotkałem aż jednego innego użytkownika tej drogi. Dziewczyna z okolicznej wioski, zagadała do mnie, z zaciekawieniem co ja tutaj robię. I doradziła mi, żebym jednak wrócił na główną drogę, chyba, że mam kija na okoliczne psy.

W drodze powrotnej znalazłem już właściwą scieżkę. Co rusz i tak się gubiłem, ale z założenia byłem przez cały czas przy scieżce, którą miałem podążać rano. Chciałem wrócić do wioski CatCat ale szybko zrezygnowałem, zresztą nie ma tam za bardzo co robić, bo to komercha na maksa, baa nawet płaci się 50k dongów (9 zł) za wejście do niej. Trochę słabo. Drogą, którą szedłem teraz dostarczała równie ciekawych widoków. Innego typu, ale również było bardzo przyjemnie.

Pod koniec trasy bardzo się rozpadało i tak, ubłocony, mokry, wymęczony, ale jak zawsze, bardzo szczęśliwy wróciłem z powrotem. Wieczór już miałem zdecydowanie luźniejszy. Siedziałem sobie sam, planowałem co i jak. Wszystko to w akompaniamencie ogromnej nawałnicy którą właśnie przechodziła nad Sapą. Tak wielką, że zalazło dolne piętra hostelu w którym mieszkałem. Wyglądało to trochę apokaliptycznie, ale w zasadzie to była taka górska, bardzo gwałtowna burza. Poznałem też Tu Bi, przesympatyczną Wietnamkę, która była na weekend w górach. I baaa okazało się, że jest z Hanoi i obiecała mi pokazać miasto. Taki traf 🙂

Przez długi czas zastanawiałem się co robić na następny dzień. Opcje były dwie. Albo znowu robię trekking, tylko tym razem jeszcze trudniej by było, bo nawet nie wiem gdzie miałbym zacząć, albo miałem iść na tzw. homestay, czyli nocowanie we wiosce. Drugą opcję polecało dużo ludzi, ale ona trochę jednak kosztowała (ok, 80 zł, wyżywienie, nocleg i dwa, niedługie trekkingi). Zdecydowałem się na tą drugą opcję. Problemem było taki homestay znaleźć bo to homestay miał znaleźć ciebie. Dzień wcześniej miałem sporo takich propozycji, ale teraz ja musiałem coś wyszukać. Co zrobiłem ? Ano poszedłem na rynek koło kościoła i zacząłem się kręcić, żeby mnie jakieś sympatyczne panie zaczepiły. I tak też się stało. Trochę negocjacji było (w cene wliczono mi jeszcze transport skuterem z powrotem do Sapy) i tak oto za chwilę już ruszałem w trekking do wioski Hmongów. Ponieważ jednak miałem być jedyny, Mama Sa, u której miałem spać, wcisnęła mnie do swojej szwagierki Sumi, którą miała już parę osób. I tak poznałem grupkę fajnych ludzi z Argentyny. Wspinaczkę pod górę przyszło nam wykonywać przy świetnej pogodzie, słoneczko, zero chmur, ciepło. Taka pogoda w pochmurnym Sapa ?? Baaa i to przez dwa dni taka się utrzymywała. Trochę świetności tej pogodzie ujmowało jednak to, że zrobiło się tak gorąco, że naprawdę lało się z nas okrutnie. Widoki jednak były świetne, przechodziliśmy na wysokości ok 2200 metrów, skąd rozpościerał się widok na całą dolinę.

Po bodajże 4-5 h dotarliśmy do wioski (HungTao ? Piszę z pamięci), gdzie miał być nasz homestay. Okazało się jednak, że Argentyńczycy byli tylko na trekkingu i szli dalej, natomiast ja zostałem z Nathalie, francuzką mieszkającą .. na wyspie Reunion :O Tak, takiej wspaniałej, rajkiej wyspie, ciepło i takie tam, blisko Madagaskaru. Okazało się, że mogę w sumie też nocować u Sumi, co było mi na rękę, ponieważ u niej był prysznic, no i można było z kim pogadać oprócz lokalsów. Wracając jednak do domu Sumi, to jeszcze z całą ekipą, zostaliśmy ugoszczeni po królewsku, wspaniałym obiadem (ommomom), winem ryżowym zwanym przez nich „happy water” (choć na moje oko to był bimber, tym bardziej że piliśmy szoty :D). I tak po kilku kolejkach, w których w zasadzie uczestniczyliśmy tylko ja i Deborah z Buenos , przeszliśmy do największego zaskoczenia dnia. Sumi wypakowała wielką folię, w którą zawinięte było … zioło. Ot tak, nie zauważyłem wcześniej, ale ogródek od naszej gospodyni porastały krzaki marihuany. Razem z Mama Sa wyjęły wielką fają wodną i zaczęły wszystkich częstować (!) . No nieno, tego to się już w ogóle niespodziewałem. A jak już przyszła babcia, żeby zaciągnąć się z tej wielkiej faji to prawie padłem. I tak wyglądał relaks po trekkingu.

Potem z Nathalie chodziliśmy trochę po wiosce i dzięki Sumi, a właściwie jej synowi, znaleźliślmy piękny punkt widokowy na zachód słońca. Magia w czystej postaci. Są takie momenty, że czuje się czyste szczęście i dokładnie wie się czemu się podróżuje. Dla takich właśnie chwil.

Wieczorem natomiast Sumi opowiadała nam o zwyczajach Hmongów, o sprzedawaniu córek (jeśli bym chciał mieć jedną za żonę to musiałbym wyłożyć ok 80 mln, ale ceny wahahą się od 50 do 100 mln dongów, czyli chyba ok 1800 zł). Tutaj pojawiało się wiele ciekawych wątków. M.in porywanie dziewczyn przez Chińczyków (Sapa leży niedaleko granicy), edukacja, zwyczaje itd. Wszystko to odbywało się już w obecności męża, który cały czas polewał ryżowy trunek. Zeszli się jacyć jego znajomi i tak piliśmy aż „happy water” się skończyła. Wtedy nalał jeszcze czegoś z kanistra ale to było tak ochydne, że nawet gospodarz po jednym jednak odpuścił. Wieczór upłynął zatem bardzo mile, bardzo ciekawie a wszystko to przerywane okrzykami „Czuka !”, czyli na zdrowie 🙂

Poranek był boski, górskie powietrze, piękna pogoda, śniadanie znowu pierwsza klasa. Po śniadaniu pożegnaliśmy się z Nathalie, ponieważ ona ruszała na dluższy trekking, ja natomiast krótszy bo o 17:00 czekał mnie już autobus do innego fantastycznego miejsca w Wietnami. Do zatoki Ha Long.

Vietlove

Ninja na skuterze

Powrót z tej strony.

2018
Czerwiec
02

Gili gili

Maj
19

Boskie Bali ?

Kwiecień
12

Potęga wulkanu

08

Merbabu

06

A cup of Java

Luty
26

Ziemia Święta

18

Szalom !

2017
Październik
31

Senegal i Gambia - praktycznie

Czerwiec
19

Kwiecień
01

Ninja na skuterze

Marzec
28

Czuka !

21

Vietlove

20

Hue hue hue

14

Niezły Sajgon

Styczeń
12

Wrażenia z Senegalu

2016
Listopad
21

Toubaby w podróży

16

Gambia

15

Giri giri

13

Baobab city

11

... że nepal Fransuła

02

Paryż - Dakar

Październik
01

Blogowanie według Podróżujemy se

Wrzesień
08

Wiedeń na weekend

Sierpień
17

Film z Peru

Czerwiec
24

Huacachina

21

Cordillera Blanca

21

W cieniu wulkanu

16

Colca

15

Brrrrrrr

11

Macchu Pichu

09

Limo w Limie

06

Pierwsze w Amsterdamie, by jeździć na Lamie

02

Miesiąc miodowy

Marzec
16

Mój mały "świat"

Luty
24

Enoralehu

Styczeń
06

Simien - How To

2015
Grudzień
23

Etiopia

Listopad
13

13 months of sunshine

10

Magia Etiopii

05

Ras Dejen

04

When the dreams come true

04

Simien

Październik
29

Uśmiech w podróży

29

Przywitanie z Afryką

23

Początek nowej przygody

21

Film ze Sri Lanki

Wrzesień
24

Home, sweet home

17

Follow the sun

16

5 o'clock

13

Historia pewnego spaceru

10

Kamyczek

08

Pierwsze wrażenia

06

Dłuuuga droga

04

Witaj świecie ;) !

04

Mamy logo !

04

Jedziemy na Sri Lankę !

Sierpień
30

Kambodża