Vietlove

21 Mar 2017 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

Vietlove

21 Mar 2017 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

Phong Nham Ke Bang. Ta nazwa utkwi mi na długo z dwóch powodów. Pierwszy, dość prozaiczny. Nie umialem jej zapamiętać. I było to dość kłopotliwe, bo chodząć od miejsca do miejsca zawsze musiałem wyciągąć przewodnik, żeby sprawdzić nazwę. Ale nawet wtedy nie za bardzo umiałem jej wymówić. Ludzie patrzyli trochę na mnie jak na idiotę. Co za koleś, nawet nie wie gdzie chce jechać. Rano lecząc kaca jechałem turystycznym aotubusem, gdzie byli ludzie z wycieczek, ludzie jadący w jedną strone jak ja i jeszcze jacyć którzy wracali z wycieczką na nastepny dzień. W związku z tym w busie byl przewodnik. Bardzo sympatyczny chłopak. Trochę jednak mógł ciszej krzyczeć, bo na lekkim kacu nie za bardzo chce się słuchać przez godzinę wrzeszczącego kolesia. A dłuższą część jego wywodu stanowił… wykład o tym, jak ważne jest, żebyśmy pamiętali wspomnianą na początku nazwę. Przez 10 minut krzyczał, że źle to ludzie wymawiają, że inaczej, że tak źle, że tak dobrze… uffff. Na szczęście mieliśmy odpoczynek i to dosyć interesujący bo… zatrzymaliśmy się w miejscu kultu maryjnego w La Vang (piszę z pamięci). Nawet nie wiedziałem, że takie miejsce istnieje a tu ops niespodzianka. I były tam ciekawe ruiny kościoła ale w zasadzie to tylko tyle.

Co to jednak te Phong Nham. Najprościej byłoby powiedzieć – jedno z najfajniejjszych miejsc w jakich do tej pory byłem. Spędziłem tam prawie 3 dni i zrobiło mi się niesamowicie smutno, że musiałem wyjechać. Po krótce – to park narodowy, z pięknymi bardzo starymi górami, niesamowitymi wioskami wokoło. Jednak największym magnesem przyciągającym tutaj turystów są jaskinie. Odkryte stosunkowo niedawno bo dopiero w XXI wieku (chyba 2004 ale nie jestem pewny). W tym największa jaskinia świata. Oprócz tego całe mnóstwo trekkingów w dżungli i tego typu aktywności. Nie wielkie, spokojne miasteczko dawało odpoczynek po każdym z intensywnych dni. Szczególnie jeśli zostaje się w takim hostelu jak „Easy Tiger”. Tożto był chyba najlepszy hostel jaki widziałem. Baa, prawie jak instytucja. Skarbnica wiedzy, baaa organizowane pogadanki codziennie o tym jak dotrzeć do różnych miejsc w parku, co zabrać ze sobą, na co uważać itd itp. Przemiła obsługa mówiąca po angielsku, rowery do wynajmu w cenie noclegu <3 , pokój na zostawienie bagażu, prysznic z którego można skorzystać gdy się już z hostelu wymeldowało, jedno darmowe piwo na wieczór. Dodając do tego muzykę na żywo, tłumy ludzi, którzy spędzali tu wieczory, przy wspólnych ławach – nie dało się tu być samemu. Niesamowita atmosfera, zabawa, przygoda. W Phong Nham było wszystko.

Jeszcze w busie poznałem Georga, Oliviera z Anglii oraz Holenderkę (która własnie kończyła swoją .. 26 miesięczną podróż). Potem dwie przesympatyczne Niemki i w ten oto sposób każdy wieczór był zapełniony a i tak poznawało się co rusz kogoś nowego. Pierwszego popołudnia wynająłem rower, żeby pojeździć po okolicy. Oczywiście dostałem darmową mapę, z wyrysowaną trasą itd itp. Jedynie szkoda, że nikt nie powiedział mi, że z tym rowerem na takiej trasie to ja daleko nie zajadę. Na początku było cudownie. Piękny, wiejski klimat, dzieci machające i wołające „Hello !” a nie „Money!” tak jak niestety jest w to wielu miejscach. Potem jechałem do miejsca na mapie opisanego jako „pub with cold beer” . Motywacją więc była. Ale tak naprawdę nie trzeba się było motywować, bo widoki były oszałamiające. Niestety wraz z zagłębianiem sie we wieś, droga stawała się jednym wielkim błotnistym rowem. Były jakieś bardziej suche częśći, ale jazda zwykłym, nieco za małym, rowerem była tu katorgą. Cienkie opony nie za bardzo dawały radę.

Gorsze było jednak co innego. Jak się raz wstąpiło nogą w błotą to dalsza jazda przypominała masochizm. Stopy ześlizgiwały się z pedałów i często nie umiałem nawet rowerem.. ruszyć. Jednoczęśnie przy ześlizgiwaniu się bardzo boleśnie obdzierały się kostki. Zamiast uśmiechu teraz spokój wioski przerywany były moimi niewybrednymi przekleństwami. Raczej więc to nie była jazda. Bardzo często po prostu szedłem razem z rowerem brodząć w błocie. Kiedy dotarłem już do miasta, zimne piwo wydawało mi się niczym odkryta arka przymierza. Siedziałem tam, i odpoczywałem godzinę, ze świadomością, że trzeba będzie jakoś jeszcze wrócić… Wypytałem ludzi tam i okazało się, że przyjechali inną drogą. Ale podobno też bardzo błotnista i nieprzyjemna. Stwierdziłem, że gorzej być nie może i wracałem drugą droga. Na początek całkiem nieźle, dzieci z wiosek mnie wręcz oblegały, ale ludzie byli przesympatyczni, uśmiechnięci.

Potem okazało się, że jednak może być gorzej. Oprócz standardowego piekiełka znanego mi z poprzedniej trasy, doszły duże wzniesienia oraz błoto, która blokowało mi koła. Wtedy również z pomocą przychodziły mi dzieci, przynosiły kijki, żeby to błoto wygrzebywać. I tak po kolejnej mordędze wróciłem bardzo zmęczony, ale z niesamowitym optymizmem patrząc na dalsze dni. Bo co by nie powiedzieć ludzie byli tu świetni. Jechałem na przykład parę minut obok pewnej pani i sobie „rozmawialiśmy” ja po angielsku, ona po wietnamsku i śmialiśmy się z siebie nawzajem. No po prostu magia.

Następny dzień zaplanowałem dopiero rano. Wiedziałem, że chcę jechać zobaczyć jaskinie. Ale nie chciałem robić tego z tourem, bo wolałem być nieograniczony z czasem. Dużo ludzi po prostu wynajmuje skutery i jedzie samemu, natomiast ja na skuter po akcji w Kambodży nie wsiadam. Rowerem za daleko. Ale i na to jest opcja. Można wynająć kierowcę na cały dzień. I tak też zrobiłem. To była świetna decyzja. Mój kierowca, złoty człowiek, zatrzymywał się tam gdzie chciałem na fotki, czekał przy jaskiniach i wszystko z uśmiechem. Na pierwszy ogień poszły jednak ogrody botaniczne. Niby niewinna nazwa a piękne miejsca i fajna, mała przygoda. Nawet kierowca się ze mną zabrał. Poszedłem 4km szlakiem. Po 500 metrach przyjemności się skończyły wraz z brukowaną scieżką. Wtedy zacząłem żałować, że nie mam butów trekkingowych. To była po prostu dżungla, dużo wchodzenia pod górę. Zbierałem wszystkie pajęczyny na twarz, jakieś ichniejszcze pszczoły mnie gryzły jak tylko się na chwilę zatrzymałem. Było natomiast niesamowicie ładnie, dżungla, zwierzęta, dużo motyli. I dość wilgotno. Trasa zahaczała o bardzo urokliwe jeziorko, a na deser mogłem zobaczyć piękny wodospad. Te 4km dały mi popalić. Chwila na regenerację i jedziemy do jednej z popularnieszych jaskin – Paradise Cave. Tam miałem jakiegoś niesamowitego fuksa. Była sobota, tłumy Wietnamczyków a jak przyjechałem to akurat wszyscy wyjeżdżali i wychodzli z jaskini. Po kilometrowym spacerze, po wejściu do jaskini, okazało się, że … jestem tam prawie sam. Ogrom jej sprawił, że pojedyncze osoboty którą ją w tym czasie zwiedziały rozmyły się gdzieś w przestrzeni. Niby spacer po jaskini tylko kilometrowy a siedziałem 1,5 h. Fascynujące miejsce, którego klimatu nie odda żadne zdjęcie. Po prostu trzeba się znaleźć w środku tego wszystkiego.

Ostatnim punktem dnia była niesamowicie popularna Dark Cave. Popularna i nie tania. Zwiedzanie wygląda tu nieco inaczej. Najpierw mam bardzo długi zjazd tyrolką nad wodą na drugi brzeg. Tam dostajemy hełmy z czołówkami. Idziemy tylko w strojach kąpielowych (który kupiłem na lokalnym markecie tego samego dnia rano :D:D), nic cennego przy sobie bo na pewno się zniszczy. Dark Cave jak sama nazwa wskazuje jest bardzo ciemna ; ) Dlatego jedynym światłem było to z naszych czołówek. Po paru minutach jaskinia się zwęża a my idziemy już po kostkach w błocie. Ściany też są pokryte błotem. Wszyscy się ślizgają. Ale najlepsze jest na koniec. Błota przybywa i przybywa. Aż w końcu lądujemy w błotnym jeziorze. zanurzeni po szyje pływamy sobie w błotku. Nie wiem jak to opisać – to uczucie to była po prostu miazga. Błoto unosi nas na powierzchni tak mocno, że nie da się stanąć na nogach. Trzeba leżeć. I jest świetna zabawa. Jeszcze przed chwili wszyscy bali się wejść a teraz wszyscy tym błotem się rzucają, pryskają. Po 20 minutach zabawy wychodzimy i idziemy się kąpać w jaskinnym jeziorze. Zmywamy błoto, i przesiadamy się na gumowe kajaki i płyniemy już na powierzchni podziwiając widoki. Na koniec jeszcze trochę zabawy. Wielka huśtawka wyrzucająca ludzi do wody, liny zjazdowe do wody. Po prostu jedne wielkie wow. To było coś niesamowitego. Powrót do pokoju i znowu to samo uczucie, zmęczony maksymalnie, ale tak samo szczęśliwy.

Na ostatni dzień długo również myślałem o tym co zrobić. Nie chciałem już wydawać więcej na i tak drogie jaskinie, tymbardziej, że te najlepsze już zobaczyłem. Oprócz tej największej, ale tam idzie się na dwu dniowy tour, który kosztuje coś koło 1600 zł. Więc ja za swój całodzienny trip, wliczając kierowce, dwie jaskinie i ogród, zapłaciłem ok.180 zł. Różnicy w cenie troche jest. Koniec końców postawiłem na rower i to był strzał w dziesiątkę.

Wracając ostatniego dnia z parku przyuważyłem ciekawe miejsce i postanowiłem tam dojechać rowerem. Namachałem się niemiłosiernie. Jeżdzenie w południe przy ponad 30 stopniach to nie jest bułka z masłem. Jeździłem po okolicznej wsi i miałem ochotę się zatrzymać i gdzieś odpocząć od słońca. Wtedy uśmiechnął się do mnie los, a w zasadzie to uśmiechnał się szeroko ze swojego domu pewien Pan wołając „Hello”. Pomyślałem a co tam, zatrzymuje się. Wtedy ten człowiek zaprosił mnie do swojego bardzo skromnego domku, podał herbatę i włączył wiatrak, żeby mnie schłodzić. Pokazał zdjęcia swojej rodziny, zmarłych rodziców. I jak tu nie zachwyać się takimi ludźmi. Prawie nic się nie rozumieliśmy ale nie przeszkadzało to nam za wiele. Na koniec zrobiłem mu parę zdjęć i obiecałem, że wyślę pocztą. Pojeździłem jeszcze po wsi i znalazłem jakiś adres, spiałem, więc może dojdzie :):) I to jest właśnie ten drugi powód z jakiego zapamiętam Phong Nha – oprócz wielkiej przygody, zostanie mi chyba na zawsze w seru ze względu na wspaniałych ludzi, którzy tu mieszkają.

 

Jakby tego było mało w czasie dalszej jazdy zatrzymywałem się w niektórych miejscach na odpoczynek a ludzie użyczali mi wody, żeby się przemyć, bo pot już wygryzał mi oczy. Na koniec dnia dotarłem w miejsce zwane FarmStay village. Tam znowu „pogadałem” sobie z panią na polu ryżowym, baa nawet wszedłem na to pole i zrobiłem pani parę zdjęć. Po wyjśćiu pani szybko krzyknęła wskazująć na moją nogę, a tam już siedziała ogromna pijawka. Na szczęście za bardzo się jeszcze nie przyssała to dałem radę ją zrzucić.

W miejcu które opisuje znajduje się knajpka, hotel, na naprawdę dobrym poziomie. A zaraz za nią rozciąga się cudowny widok na góry i ogromne pola ryżowe. Po prostu bajka. Tam w knajpce, wyłożyłem się na jakimś materacu i padłem. Dziw bierze, że nikt mnie nie wyrzucił bo byłem uwalony cały błotem, jakiś czarny ślad po pijawce mi został, a skóra od słońca świeciła się na czerwono. W takim klimacie obserwowałem zachód słońca.

Potem trzeba się było jeszcze namachać, żeby wrócić. Tyłek mi już odpadał od siodełka, ale dałem radę. Prysznic zbawienny w hostelu, obiado-kolacja i już zapakowałem się do busa jadące na daleką północ- do Sapy. Więc żegnaj słoneczko. Żegnaj Phong Nha – będę tęsknił.

Hue hue hue

Czuka !

Powrót z tej strony.

2018
Czerwiec
02

Gili gili

Maj
19

Boskie Bali ?

Kwiecień
12

Potęga wulkanu

08

Merbabu

06

A cup of Java

Luty
26

Ziemia Święta

18

Szalom !

2017
Październik
31

Senegal i Gambia - praktycznie

Czerwiec
19

Kwiecień
01

Ninja na skuterze

Marzec
28

Czuka !

21

Vietlove

20

Hue hue hue

14

Niezły Sajgon

Styczeń
12

Wrażenia z Senegalu

2016
Listopad
21

Toubaby w podróży

16

Gambia

15

Giri giri

13

Baobab city

11

... że nepal Fransuła

02

Paryż - Dakar

Październik
01

Blogowanie według Podróżujemy se

Wrzesień
08

Wiedeń na weekend

Sierpień
17

Film z Peru

Czerwiec
24

Huacachina

21

Cordillera Blanca

21

W cieniu wulkanu

16

Colca

15

Brrrrrrr

11

Macchu Pichu

09

Limo w Limie

06

Pierwsze w Amsterdamie, by jeździć na Lamie

02

Miesiąc miodowy

Marzec
16

Mój mały "świat"

Luty
24

Enoralehu

Styczeń
06

Simien - How To

2015
Grudzień
23

Etiopia

Listopad
13

13 months of sunshine

10

Magia Etiopii

05

Ras Dejen

04

When the dreams come true

04

Simien

Październik
29

Uśmiech w podróży

29

Przywitanie z Afryką

23

Początek nowej przygody

21

Film ze Sri Lanki

Wrzesień
24

Home, sweet home

17

Follow the sun

16

5 o'clock

13

Historia pewnego spaceru

10

Kamyczek

08

Pierwsze wrażenia

06

Dłuuuga droga

04

Witaj świecie ;) !

04

Mamy logo !

04

Jedziemy na Sri Lankę !

Sierpień
30

Kambodża