Hue hue hue

20 Mar 2017 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

Hue hue hue

20 Mar 2017 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

Nasza kolejowa podróż osiągnęła swój cel w Hoi An. Turystyczna perełka Wietnamu. Co to oznacza ? Oczywiście miliony turystów. Skoro jednak u ludzi tam ściąga to jakiś powód istnieć musi. I rzeczywiście. Przede wszystkim to chyba najlepiej zachowane miasto w Wietnamie. Przetrwało rządy francuzów, amerykańskie bomby też tutaj nie spadały. I tak o to, ten główny port handlowy w tej części Azji w XV w mógł rozkwitać, żeby teraz przeżywać inną okupację, znacznie przyjemniejszą z ekonomicznego punktu widzenia – okupację turystyczną. Postanowiliśmy się do niej trochę przyczynić i zobaczyć czy rzeczywiście jest robić o to tyle szumu.

Na początek jednak mieliśmy problemy już z dostaniem się do owego miasteczka. Wynikało to z tego, że przyjechaliśmy pociągiem, trzeba było iść 30 min w poszukiwaniu ulicy, z której miał jechać żółty autobus do Hoi An. Niestety rozkład jazdy tych autobusów się zmienił. Na szczęście na przystanku była jakaś mapa i po krótkiej deszyfracji znalazłem ulicę gdzie być może teraz miał trasę autobus. Pytaliśmy jeszcze ludzi na ulicy i udało się nam to miejsce znaleźć. Gorzej niestety z ceną. Nasz przewodnik pisze, że naciągają turystów. I owszem. Nasz przewodnik pisze, że należy się wtedy kłócić. To również uczyniliśmy. Nasz przewodnik pisze też, że prawidłowa cena napisana jest na drzwiach autobusu od strony kierowcy. Ups… tego brakło. I koleś skasował nas … 50 000 dongów. Co za porażka 😀

Hostel znaleźliśmy całkiem szybko, 15 minut spacerem od „dworca autobusowego” i praktycznie jesteśmy już tylko o rzut kamieniem od starego miasta. Pokój tym razem z jeszcze lepszym widokiem niż ostatnio, bo był to widok na ścianę. Natomiast reszta całkiem przyjemna. Znowu klimatyzacja, internety, śniadanie (hotelowe sic!). A to podobno najlepsze backpackerskie miejsce tutaj. O co kaman :d Przecież połowy tych rzeczy mogłoby nie być, a byłoby taniej, śmieszniej itd. A potem to i atmosfera jest hotelowa, ludzie zamiast gadać ze sobą, to każdy nos w komórkę albo siedzi osobno przy stoliku.

Miasteczko na początku nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia. Ale zwiedzanie przy ostrym, południowym słońcu to jednak nie jest największa przyjemność. Poza tym bilet obejmował tylko 5 wybranych zabytków.
Na następne, trzeba by wykupować następne bilety. Ot takiem tam wyciąganie kasy. Osobiście podobaly mi się niesamowicie (naprawdę wow) tzw. assembly hall’s. Czyli takie miejsce zgromadzeń. Chińczycy, którzy zostawili tu swój naprawdę wyraźny ślad, budowali takie miejsca, żeby gromadzić się, wg przynależności do prowincji chińskich z których przybyli. Piękne, robiące duże wrażenie pomieszczenia.

Można też było zwiedzać domy (baa zamieszkałe jeszcze przez rodziny, ale oczywiście tylko niezamieszkałe części. Trochę mieszane uczucia miałem.

Sam spacer ulicami miasteczka jednak był bardzo przyjemny. Ładne ulice, mnóstwo starej architektury. Szczerze mówiąc nawet nie przeszkadzało mi to, że ulica była wypełniona wszelkiej maści badziewami dla turystów, a tu magnesy a tu coś tam. I mnóstwo krawiectwa (to akurat wyglądało ok).


Niestety, koniec dnia upłynął w trochę mniej sprzyjających okolicznościach. Tak jak już pisałem na facebookowym fanpage’u, Olga musiała wracać do domu. Było kupowanie biletówi ogarnianie organizacyjne i już rano olga pojechała na lotnisko, skąd wróciła do Polski. Zostałem więc sam.

Rano trzeba było coś wymyślić, żeby się za bardzo nie zanudzić, bo nie było za bardzo kogo otworzyć ust. Na szczęście Hoi An to nie tylko zabytki. Można spokojnie wynająć sobie rower, za 3,6 zł na cały dzień. Bomba. Szczególnie, że Hoi An otaczają dwie plaże. Plecak spakowany i w drogę. Krótka podróż i byłem już na pierwszej plaży.Pogoda nie rozpieszczała, plaża też trochę nijaka. Zostawiłem rower na parkingu (tak, wymyślili tam parkingi na takich ludków jak ja :d) i poszedłem pochodzić. Szybko jednak słońce wyszło i zrobiło się całkiem przyjemnie. Kłopot był w tym, że nie miałem żadnych kąpielówek. Pomyślałem a co mi tam, i już po chwili w bokserkach sobie pływałem. Tymbardziej, że podejrzewałem, że może to być ostatnia tego typu przyjemność w Wietnamie, bo raczej plaże chciałem pomijać. Potem jeszcze wylegiwanie się na plaży. Godzina starczyła, żebym jeszcze przez dwa dni wyglądał jak czerwone latarnie w Amsterdamie. Po naprawdę wielkim nic nie robieniu, wsiadłem na rower i pojeździłem po okolicy. Oczekiwania trochę odbiegały od rzeczywistości, bo opisywane „tereny wiejskie”, okazały się małym miasteczkiem, które ze wsią nie za wiele miało wspólnego. Były co prawda jakieś tam pola ryżowa, ale krajobraz wypełniały raczej hotele, hostele i prywatne guesthousy. Nie wierzyłem swoim oczom, że na przestrzeni tylu kilometrów ciągle widzę hotele. A to było już około 8km od starego miasta.

Celem była druga plaża. Tym razem nie chciałem płacić za parking,więc wjechałem na plaże rowerem i postawiłem pod drzewem. Chciałem tam tylko chwile posiedzieć. Przegonił mnie jakiś bardzo agresywny ochroniarz/żołnierz/policjant/bóg wie kto. Że mam zapłacić za parking. Na szczęście było to już po tym jak chwilę sobie tam poodpoczywałem. Kąpać bym tam się jednak nie chciał – widok dwóch statków tuż przy brzegu i faceta wypompowywującego z wody nieczystości zniechęcił by raczej każdego.

Po powrocie przeniosłem się już do dormu. Nie wiem jak to jest po polsku :/ Wspólny pokój? Wiecie, piętrowe łóżka itd. I tam w końcu mogłem z kimś pogadać. I kiedy już się ucieszyłem to okazało się, że poznane osoby to… sepleniący australijczyk i dwóch szkotów :O Czyli angielski poziom hard. Paddy, jeden ze szkotów, gdy dowiedziałe się skąd jestem od razu krzyknął „Artur Boruc !”. Paddy jest z Glasgow. Patrząc jednak jak nasz bramkarz denerwował kibiców Rangersów nie odważyłem się spytać której części Glasgow Paddy kibicuje 🙂
Wieczorem był powrót na stare miasto. Co się nie udało wczoraj zrobiłem dzisiaj. I był to strzał w dziesiątke. Pomijając (znowu) niezliczone tłumy ludzi, miliony azjatów robiących sobie selfie, to miejsce było naprawdę klimatyczne. W nocy, ulice rozświetlane przez chińskie lampiony, nadawały temu miejscu bardzo przyjemnego klimatu. Chodziłem zatem to w jedną a to w drugą stronę przez cały wieczór. Na końcu jednak spalenie słońcem dało o sobie znać i zmęczony wróciłem do pokoju.

Nazajutrz ruszałem do Hue. Pierwszy raz autobustem i od razu wielkie zaskoczenie. Takiego busa jeszcze nie widziałem. Piętrowe miejsca, wszystko rozkładane do pozycji leżących z miejscem na nogi. Uświadomiłem sobie wtedy jak banalnie łatwe jest podróżowanie z plecakiem po Azji Południowo-Wschodniej i dlaczego są tu takie niezliczone ilości młodych ludzi z całego świata.
I jeszze jaki kontrast w porównaniu z Senegalem, gdzie byłem ostatnio. To był dzień w którym miałem urodziny. Do południa w busie, potem zwiedzanie cytadeli, głównej atrakcji tutaj. Bo tak w zasadzie samo miasta niczym nie urzeka. Interesujący był opis miasta w przewodniku, że to jedno z bardziej konserwatywnych miast w Wietnamie, a pierwszymi słowami jakie usłyszałem po przyjeździe było :
„Marihuana ? Bum bum ?”. A potem tą samą propozycję słyszałem jeszcze setki raz, także z tą konserwatywnością trochę na bakier. Pogoda nie za bardzo sprzyjała i udzielił mi się trochę dołujący nastrój. Cytadela, dla której tu przyjechałem, była naprawdę fajna. Ale wiadomo, przy takiej bardzo bardzo średniej pogodzie wszystko wygląda gorzej. Nie mniej jednak schodziłem się tam ze 4 h i byłem padnięty.

W drodze powrotnej do hostelu, zaczepiały mnie jeszcze wietnamskie studentki, żeby pouczyć się angielskiego. Podobna sytuacja była w Ho Chi Minh. I naprawdę było to niesamowite, jak wiele studentów szuka tam obcokrajowców, żeby pogadać i uczyć się angielskiego. Cała promenada nad rzeką perfumową w Hue była usiana takimi grupkami. Często 4-5 studentów w kółku wokół turysty. Notują, zapisują wszystko.
Szczerze mówiąc bardzo mi się to podobało, ta chęć do nauki języka. I oczywiście pogadałbym z nimi, podobnie jak w Sajgonie, gdybym tylko nie padał na twarz. Wróciłem do hostelu i w dormie pusto. Pomyślałem, trochę kijowo, bo nikogo nie poznałem, dzisiaj urodziny, może być na smutno. Umyłem się, poleżałem i poszedłem na miasto żeby coś zjeść. Znalazłem fajną knajpke. Niestety musiałem siedzieć sam. Stwierdziłem, że zaszaleje i zamiastj jakiejś taniochy za 5 zł
zamówiłem sobie grilowaną wieprzowine w trawie cytrynowej za złotych 13. Jak szaleć to szaleć 😀 I gdy ty tak przybijałem sam smuta, dwóch Wietnamczyków zaprosiło mnie do stolika. Nawet częstowali snackami (czyli suszonymi rybami) i z okazji urodzin postawili piwo. Co prawda myślę, że obydwaj byli po drugiej stronie miecza, ale szybko zaznaczyłem, że mam dziewczyne, i w miłej atmosferze sobie gadaliśmy.

Druga część wieczoru była zaskakująca. Poszedłem do baru w hostelu siadłem przy barze.Myśle, kurde nie bede pił sam. Zagadałem do dwóch chłopa obok mnie czy sie moge przyłączyć. I tak poznałem dwóch przesympatycznych duńczyków. Trochę gadalismy po czym pojawiły się .. 8 norweżek, które poznali w trasie po Wietnamie. I zrobiła się impreza. Taka typowo blond impreza 😀 Same jasne głowy. Baaa jak zamknęli bar to szukaliśy innego, nawet na jakimś dicho byliśmy, po czym po zmianie na kolejne dicho ukradkiem się zmyłem. Była 2 nocy.. a o 6 rano miałem autobus 😀

Także urodziny jednak nie były taką katastrofą jak myślałem, że mogą być 😉
Nasza kolejowa podróż osiągnęła swój cel w Hoi An. Turystyczna perełka Wietnamu. Co to oznacza ? Oczywiście miliony turystów. Skoro jednak u ludzi tam ściąga to jakiś powód istnieć musi.
I rzeczywiście. Przede wszystkim to chyba najlepiej zachowane miasto w Wietnamie. Przetrwało rządy francuzów, amerykańskie bomby też tutaj nie spadały. I tak o to, ten
główny port handlowy w tej części Azji w XV w mógł rozkwitać, żeby teraz przeżywać inną okupację, znacznie przyjemniejszą z ekonomicznego punktu widzenia – okupację turystyczną. Postanowiliśmy się do niej
trochę przyczynić i zobaczyć czy rzeczywiście jest robić o to tyle szumu.

Na początek jednak mieliśmy problemy już z dostaniem się do owego miasteczka. Wynikało to z tego, że przyjechaliśmy pociągiem, trzeba było iść 30 min w poszukiwaniu ulicy, z której miał jechać żółty autobus do Hoi An.
Niestety rozkład jazdy tych autobusów się zmienił. Na szczęście na przystanku była jakaś mapa i po krótkiej deszyfracji znalazłem ulicę gdzie być może teraz miał trasę autobus. Pytaliśmy jeszcze ludzi na ulicy i udało się nam to miejsce znaleźć.
Gorzej niestety z ceną. Nasz przewodnik pisze, że naciągają turystów. I owszem. Nasz przewodnik pisze, że należy się wtedy kłócić. To również uczyniliśmy. Nasz przewodnik pisze też, że prawidłowa cena napisana jest na drzwiach autobusu od strony kierowcy.
Ups… tego brakło. I koleś skasował nas … 50 000 dongów. Co za porażka 😀

Hostel znaleźliśmy całkiem szybko, 15 minut spacerem od „dworca autobusowego” i praktycznie jesteśmy już tylko o rzut kamieniem od starego miasta. Pokój tym razem z jeszcze lepszym widokiem niż ostatnio,
bo był to widok na ścianę. Natomiast reszta całkiem przyjemna. Znowu klimatyzacja, internety, śniadanie (hotelowe sic!). A to podobno najlepsze backpackerskie miejsce tutaj. O co kaman :d Przecież połowy tych rzeczy mogłoby nie być,
a byłoby taniej, śmieszniej itd. A potem to i atmosfera jest hotelowa, ludzie zamiast gadać ze sobą, to każdy nos w komórkę albo siedzi osobno przy stoliku.

Miasteczko na początku nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia. Ale zwiedzanie przy ostrym, południowym słońcu to jednak nie jest największa przyjemność. Poza tym bilet obejmował tylko 5 wybranych zabytków.
Na następne, trzeba by wykupować następne bilety. Ot takiem tam wyciąganie kasy. Osobiście podobaly mi się niesamowicie (naprawdę wow) tzw. assembly hall’s. Czyli takie miejsce zgromadzeń. Chińczycy, którzy zostawili tu swój naprawdę wyraźny ślad, budowali takie miejsca,
żeby gromadzić się, wg przynależności do prowincji chińskich z których przybyli. Piękne, robiące duże wrażenie pomieszczenia. Można też było zwiedzać domy (baa zamieszkałe jeszcze przez rodziny, ale oczywiście tylko niezamieszkałe części. Trochę mieszane uczucia miałem.

Sam spacer ulicami miasteczka jednak był bardzo przyjemny. Ładne ulice, mnóstwo starej architektury. Szczerze mówiąc nawet nie przeszkadzało mi to, że ulica była wypełniona wszelkiej maści badziewami dla turystów, a tu magnesy a tu coś tam. I mnóstwo krawiectwa (to akurat wyglądało ok).
Niestety, koniec dnia upłynął w trochę mniej sprzyjających okolicznościach. Tak jak już pisałem na facebookowym fanpage’u, Olga musiała wracać do domu. Było kupowanie biletówi ogarnianie organizacyjne i już rano olga pojechała na lotnisko, skąd wróciła do Polski. Zostałem więc sam.

Rano trzeba było coś wymyślić, żeby się za bardzo nie zanudzić, bo nie było za bardzo kogo otworzyć ust. Na szczęście Hoi An to nie tylko zabytki. Można spokojnie wynająć sobie rower, za 3,6 zł na cały dzień. Bomba. Szczególnie, że Hoi An otaczają dwie plaże. Plecak spakowany i w drogę. Krótka podróż i byłem już na pierwszej plaży.
Pogoda nie rozpieszczała, plaża też trochę nijaka. Zostawiłem rower na parkingu (tak, wymyślili tam parkingi na takich ludków jak ja :d) i poszedłem pochodzić. Szybko jednak słońce wyszło i zrobiło się całkiem przyjemnie. Kłopot był w tym, że nie miałem żadnych kąpielówek. Pomyślałem a co mi tam, i już po chwili w bokserkach sobie pływałem. Tymbardziej, że podejrzewałem,
że może to być ostatnia tego typu przyjemność w Wietnamie, bo raczej plaże chciałem pomijać. Potem jeszcze wylegiwanie się na plaży. Godzina starczyła, żebym jeszcze przez dwa dni wyglądał jak czerwone latarnie w Amsterdamie. Po naprawdę wielkim nic nie robieniu, wsiadłem na rower i pojeździłem po okolicy. Oczekiwania trochę odbiegały od rzeczywistości, bo opisywane „tereny wiejskie”, okazały
się małym miasteczkiem, które ze wsią nie za wiele miało wspólnego. Były co prawda jakieś tam pola ryżowa, ale krajobraz wypełniały raczej hotele, hostele i prywatne guesthousy. Nie wierzyłem swoim oczom, że na przestrzeni tylu kilometrów ciągle widzę hotele. A to było już około 8km od starego miasta. Celem była druga plaża. Tym razem nie chciałem płacić za parking,
więc wjechałem na plaże rowerem i postawiłem pod drzewem. Chciałem tam tylko chwile posiedzieć. Przegonił mnie jakiś bardzo agresywny ochroniarz/żołnierz/policjant/bóg wie kto. Że mam zapłacić za parking. Na szczęście było to już po tym jak chwilę sobie tam poodpoczywałem. Kąpać bym tam się jednak nie chciał – widok dwóch statków tuż przy brzegu i faceta wypompowywującego z wody nieczystości zniechęcił by raczej każdego.

Po powrocie przeniosłem się już do dormu. Nie wiem jak to jest po polsku :/ Wspólny pokój? Wiecie, piętrowe łóżka itd. I tam w końcu mogłem z kimś pogadać. I kiedy już się ucieszyłem to okazało się, że poznane osoby to…
sepleniący australijczyk i dwóch szkotów :O Czyli angielski poziom hard. Paddy, jeden ze szkotów, gdy dowiedziałe się skąd jestem od razu krzyknął „Artur Boruc !”. Paddy jest z Glasgow. Patrząc jednak jak nasz bramkarz denerwował kibiców Rangersów nie odważyłem się spytać której części Glasgow Paddy kibicuje 🙂
Wieczorem był powrót na stare miasto. Co się nie udało wczoraj zrobiłem dzisiaj. I był to strzał w dziesiątke. Pomijając (znowu) niezliczone tłumy ludzi, miliony azjatów robiących sobie selfie, to miejsce było naprawdę klimatyczne. W nocy, ulice rozświetlane przez chińskie lampiony, nadawały temu miejscu bardzo przyjemnego klimatu.
Chodziłem zatem to w jedną a to w drugą stronę przez cały wieczór. Na końcu jednak spalenie słońcem dało o sobie znać i zmęczony wróciłem do pokoju.

Nazajutrz ruszałem do Hue. Pierwszy raz autobustem i od razu wielkie zaskoczenie. Takiego busa jeszcze nie widziałem. Piętrowe miejsca, wszystko rozkładane do pozycji leżących z miejscem na nogi. Uświadomiłem sobie wtedy jak banalnie łatwe jest podróżowanie z plecakiem po Azji Południowo-Wschodniej i dlaczego są tu takie niezliczone ilości młodych ludzi z całego świata.
I jeszze jaki kontrast w porównaniu z Senegalem, gdzie byłem ostatnio. To był dzień w którym miałem urodziny. Do południa w busie, potem zwiedzanie cytadeli, głównej atrakcji tutaj. Bo tak w zasadzie samo miasta niczym nie urzeka. Interesujący był opis miasta w przewodniku, że to jedno z bardziej konserwatywnych miast w Wietnamie, a pierwszymi słowami jakie usłyszałem po przyjeździe było :
„Marihuana ? Bum bum ?”. A potem tą samą propozycję słyszałem jeszcze setki raz, także z tą konserwatywnością trochę na bakier. Pogoda nie za bardzo sprzyjała i udzielił mi się trochę dołujący nastrój. Cytadela, dla której tu przyjechałem, była naprawdę fajna. Ale wiadomo, przy takiej bardzo bardzo średniej pogodzie wszystko wygląda gorzej. Nie mniej jednak schodziłem się tam ze 4 h i byłem padnięty.

W drodze powrotnej do hostelu, zaczepiały mnie jeszcze wietnamskie studentki, żeby pouczyć się angielskiego. Podobna sytuacja była w Ho Chi Minh. I naprawdę było to niesamowite, jak wiele studentów szuka tam obcokrajowców, żeby pogadać i uczyć się angielskiego. Cała promenada nad rzeką perfumową w Hue była usiana takimi grupkami. Często 4-5 studentów w kółku wokół turysty. Notują, zapisują wszystko.
Szczerze mówiąc bardzo mi się to podobało, ta chęć do nauki języka. I oczywiście pogadałbym z nimi, podobnie jak w Sajgonie, gdybym tylko nie padał na twarz. Wróciłem do hostelu i w dormie pusto. Pomyślałem, trochę kijowo, bo nikogo nie poznałem, dzisiaj urodziny, może być na smutno. Umyłem się, poleżałem i poszedłem na miasto żeby coś zjeść. Znalazłem fajną knajpke. Niestety musiałem siedzieć sam. Stwierdziłem, że zaszaleje i zamiastj jakiejś taniochy za 5 zł
zamówiłem sobie grilowaną wieprzowine w trawie cytrynowej za złotych 13. Jak szaleć to szaleć 😀 I gdy ty tak przybijałem sam smuta, dwóch Wietnamczyków zaprosiło mnie do stolika. Nawet częstowali snackami (czyli suszonymi rybami) i z okazji urodzin postawili piwo. Co prawda myślę, że obydwaj byli po drugiej stronie miecza, ale szybko zaznaczyłem, że mam dziewczyne, i w miłej atmosferze sobie gadaliśmy. Druga część wieczoru była zaskakująca. Poszedłem do baru w hostelu siadłem przy barze.
Myśle, kurde nie bede pił sam. Zagadałem do dwóch chłopa obok mnie czy sie moge przyłączyć. I tak poznałem dwóch przesympatycznych duńczyków. Trochę gadalismy po czym pojawiły się .. 8 norweżek, które poznali w trasie po Wietnamie. I zrobiła się impreza. Taka typowo blond impreza 😀 Same jasne głowy. Baaa jak zamknęli bar to szukaliśy innego, nawet na jakimś dicho byliśmy, po czym po zmianie na kolejne dicho ukradkiem się zmyłem. Była 2 nocy.. a o 6 rano miałem autobus 😀

Także urodziny jednak nie były taką katastrofą jak myślałem, że mogą być 😉

Niezły Sajgon

Vietlove

Powrót z tej strony.

2018
Czerwiec
02

Gili gili

Maj
19

Boskie Bali ?

Kwiecień
12

Potęga wulkanu

08

Merbabu

06

A cup of Java

Luty
26

Ziemia Święta

18

Szalom !

2017
Październik
31

Senegal i Gambia - praktycznie

Czerwiec
19

Kwiecień
01

Ninja na skuterze

Marzec
28

Czuka !

21

Vietlove

20

Hue hue hue

14

Niezły Sajgon

Styczeń
12

Wrażenia z Senegalu

2016
Listopad
21

Toubaby w podróży

16

Gambia

15

Giri giri

13

Baobab city

11

... że nepal Fransuła

02

Paryż - Dakar

Październik
01

Blogowanie według Podróżujemy se

Wrzesień
08

Wiedeń na weekend

Sierpień
17

Film z Peru

Czerwiec
24

Huacachina

21

Cordillera Blanca

21

W cieniu wulkanu

16

Colca

15

Brrrrrrr

11

Macchu Pichu

09

Limo w Limie

06

Pierwsze w Amsterdamie, by jeździć na Lamie

02

Miesiąc miodowy

Marzec
16

Mój mały "świat"

Luty
24

Enoralehu

Styczeń
06

Simien - How To

2015
Grudzień
23

Etiopia

Listopad
13

13 months of sunshine

10

Magia Etiopii

05

Ras Dejen

04

When the dreams come true

04

Simien

Październik
29

Uśmiech w podróży

29

Przywitanie z Afryką

23

Początek nowej przygody

21

Film ze Sri Lanki

Wrzesień
24

Home, sweet home

17

Follow the sun

16

5 o'clock

13

Historia pewnego spaceru

10

Kamyczek

08

Pierwsze wrażenia

06

Dłuuuga droga

04

Witaj świecie ;) !

04

Mamy logo !

04

Jedziemy na Sri Lankę !

Sierpień
30

Kambodża