Toubaby w podróży

21 Lis 2016 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

Toubaby w podróży

21 Lis 2016 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

Ponowna randka z Senegalem nie zaczęła się dla nas najlepiej.Na granicy nie było specjalnie problemów, oprócz dziwnej propozycji na posterunku gambijskim, żeby kupić coś do picia strażnikom na posterunku, za pozostałe dalasi. Oczywiście zignorowaliśmy tą propozycję a resztę pieniędzy wymieniliśmy w jakiejś dziwnej budzie (po całkiem uczciwym kursie). Przyjemności skończyły się w garażu (tak nazywa się tu dworce). Mieliśmy plan, żeby tego dnia dojechać jak najdalej, ponieważ naszym miejscem docelowym było Basarri country, jeden z najbardziej odległych zakątków Senegalu. Punktem przesiadkowym było Kaolack, ok 80 km od granicy. Szybko zapakowano nas do lokalnego busa, ale nie obyło się bez awantury. W trudnej sytuacji pomógł nam pewien gambijczyk, który pomagał w negocjacjcach ceny. Nasza cena po ustaleniu niespodziewania wzrastała. A to o cene bagażu (taka sama jak za miejsce pasażera) a to opłata za coś innego. W końcu udało się zakończyć kłótnie i odetchnęliśmy z ulgą. Błąd. Najgorsze dopiero na nas czekało.
Wyobraźcie sobie najgorszy transport jakim w życiu jechaliście. Macie ? Teraz pomnóżcie to razy 10. Dodajcie teraz ponad 30 stopniowy upał. Rzućcie to na afrykańską drogę. Tak właśnie wyglądała nasz podróż do Kaolack.Do vana,takiego dostawczaka w sumie, przeżartego rdzą, wysłużonego, weszło około .. 30 osób ! Byliśmy ściśnięci jak sardynki. Ja nie miałem oparcia na plecy, człowiek z przodu siedział mi częściowo na kolanach, z tyłu ktoś się o mnie okresowo opierał. Michałowi jakaś rurka pod siedzeniem wbijała się w nogę, tak, że tracił w niej czucie. Musiał wstać i tak przez większość trasy jechał na stojąco. Drzwi wejściowe chwiały się na śrubie nerwowo skaczącej i kurczowo trzymającej się resztką sił samochodu. Dzrwi w kabinie kierowcy się nie zamykały i jeden z pasażerów trzymał je przez cał drogę. Auto przeładowane ludźmi ledwo jechało, w żólwim tempie. Główna droga była w remoncie i jechaliśmy jakimiś wertepami, co chwila zatrzymując się, wyładowywując ludzi i pakując następnych. Ten krótki odcinek przejechaliśmy w 3 h. Byliśmy totalnie wykończeni. Ledwo żywi wysiedliśmy wprost w ramiona Kaolackiego chaosu. Czułem się jakby ktoś walnął mnie obuchem po 3h siedzenia w saunie. Znowu pomógł nam Gambijczyk z dworca,i tym razem znalazł dla nas miejsce spania. I był to niezwykle drogi, nieco przerażający, pokój w miejscowym szpitalu :):)

 

20161115223939_img_2186
Tam zrobiliśmy szybką kalkulację. Zostało nam 500 km do Bassari country. Plus 800 w drodze powrotnej do Saint Louis. Koszmar. Od razu zmieniliśmy plany.
Postanowiliśmy jechać do Saint Louis od razu i przy okazji zahaczyć o Toubę, święte miejsce muzułmanów w Senegalu oraz chyba w całej zachodniej Afryce. W garażu chcieliśmy wbić się do jednej z kolektywnych taxówek. Widząc jedną, do której chciano nas wcisnąć Olga powiedziała, że do tego auta nie wchodzimy. Auto wyglądało jakby uprawodzono je ze złomowiska. Miało prawie jednolity kolor pokrywającej go rdzy. Po chwili tradycyjnie już siedzieliśmy w środku i tradycyjnie nerwowo kłóciliśmy się o cenę przejazdu. O dziwo,pomimo wyglądu, auto nieźle zasuwało i szybko wylądowaliśmy w Toubie.
Meczet był naprawdę dość duży, ale cały pokryty rusztowaniami. Nadal pokryty, bo czytając bloga sprzed 3 lat o Senegalu, przed wyjazdem, autorzy również narzekali na pracę renowacyjne. Jak widać za bardzo do przodu się nie poruszyły.
2016-11-17-22-47-06
Przed wejściem do świątyni Olga bardzo mocno się okryła. Długie luźne spodnie. Koszula zakrywająca wszystko. Chusta na głowie. To było za mało. Pani podniosła Oldze kołnierz, żeby nie było widać szyji, kazała zakryć włosy szczelniej. Po wejściu na teren ktoś jescze przyczepił się do spodni. Pani pewnie chciała sprzedać jeszcze okrycie, ale Michał dał Oldze ręcznik, którym się przewiązała. Powstrzymało to nadchodzącą erupcje złości u niej. Uff weszliśmy.
2016-11-17-22-51-50
Sam meczet jak meczet, pochodziliśmy w kółko i wsio. Duży ale nie jakiś specjalny ładny. I zasady zasadami ale z  Toubabem selfie w meczecie można sobie zrobić. Toubabem czyli najogólniej rzecz biorąc białym. Wszystkie dzieci gdy nas widzą wołają magiczne „toubab, toubab”. Także w Senegalu jesteśmy toubabami. Co do selfie, grupa dziewczyn podeszła i zaskoczyła mnie pytaniem czy mogą sobie ze mną selfie zrobić. Ja w rewanżu poprosiłem o to samo 😉
2016-11-17-22-46-02
Droga z meczetu wyglądała jak ze schematu. Rozmowa z taxi driverem:
-Garaż, se kombję (nasz super francuski)
– 10 000 CFA
– 1000 CFA
– Ok
W samym garażu emocje sięgnęły zenitu. Najpierw nikt nie rozumiał co to Saint Louis, bo czytaliśmy to po angielsku a nie po francusku. Dopiero napisanie na kartce pomogło. Okazało się, że to inny garaż i że nie jadą ale za jakąś kosmiczną cene nas zawiezie taxi. Później coś wykombinowali i zaczęliśmy negocjacje za pomocą kartki. Michał rysował rebus, ludzika + bagaż a wokoło nas stało ze 15 krzyczących chłopa. Ustaliliśmy cenę, nawet zacną, wsiedliśmy i starym numerem cena wzrosła. W takich sytuacjach też trzeba pokrzyczeć , wyjść z auta, a za chwilę będziemy w nim siedzieli z wcześniej ustaloną ceną.
Dużo emocji ale mieliśmy już transport to St Louis. Jeszcze godzine zajęło nam wyjechanie z miasta. Najpierw korki, potem kierowca zatrzymał się, wyjął dywanik i zaczął się modlić. Nudę oczekiwania przerwał byk, który rozwścieczony uderzoniem bata prawie staranował ludzi siedzących przy naszym autku. Ot takie rozrywki 🙂
St Louis, a w zasadzie stare miasto urzekło nas bardzo. Dobrze, że przyjechaliśmy tu pod koniec podróży, bo po tym wszystkim co widzieliśmy to było cudo. A nie tylko stare, rozwalone, miasteczko w stylu kolonialnym.
2016-11-17-22-45-41
Wpisanie na listę UNESCO coś znaczy. Znaleźliśmy świetny pokój i można było się zreleksować podziwiając kolonialną architekturę miasta.
Na wyspie spokój, nie to co w hałaśliwej Toubie czy szalonym Koalac (szalonym na tyle, że ludzie jeździli tam na skuterach… owiniętych w folię bąbelkową :d serio :d). Od razu też poszliśmy do wioski na drugiej wyspie. Niezwykle ciekawa. Niby brud, bieda, ale bardzo kolorowo, żywo.
2016-11-17-22-49-07
2016-11-17-22-49-31
Może to przez ten orzeźwiający wiatr od oceanu ? W końcu nie czujemy się jak w piekarniku z termoobiegiem. Spacer zrobiliśmy również w poszukiwaniu plaży. A w sumie to w poszukiwaniu jakiegokolwiek jej niezaśmieconego kawałka.  Kilka kilometrów spaceru nie dało rezultatu. Za to spotkaliśmy pewnego człowieka, który mówił trochę po Polsku. Jak się okazało w latach 80, w tej teraz opustoszałeś części St. Louis, mieszkało całkiem sporo Polaków. Ale nie dowiedziałem się już z jakiego powodu. W czasie spaceru po plaży polowałem aparatem na kraby, których było tam pełno.
20161117120039_img_2381
I niestety, spotkała mnie dość nieprzyjemna przygoda. Robiąc akurat film bokiem do brzegu oceanu.. zalała mnie duża fala. I nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby fala nie zalała aparatu, który wkrótce po tym przestał działać. Razem ze słoną wodą naleciało mnóstwo piachu i klops. Byłem dość mocno przerażony, że przes taką głupotę mogłem zniszczyć sprzęt. Na szczęście po godzinie intensywnego czyszczenia i suszenia wróciło mu życie. Uff.
Dalej dzień mijał nam spokojnie, żeby nie powiedzieć, że leniwie. Jedzonko tanie znaleźliśmy u pewnej przemiłej pani i chodziliśmy tam na szamę do końca naszego pobytu w Saint Louis.
2016-11-21-14-43-46
Podczas jednej kolacji poznaliśmy ciekawą parę francuzów. Starsza para podróżująca indywidualnie po Senegalu. Czad. Śmiali się z nas, że chyba jesteśmy jedynymi Polakami w Senegalu teraz. I co ciekawe my w czasie naszej podróży spotkaliśmy słownie jednego bagpackera. Dosłownie jeden. To był Iago. Ale nie ma się czemu dziwić. Raju dla tego typu podróżowania to tu nie ma. Dość drogo, ciężko i często atrakcje turystyczne zwane są atrakcjami na wyrost. Cóż Senegal trzeba po prostu chłonąć 🙂  I mieć dużo cierpliwości.
Wieczorem poszliśmy na piwo do lokalnego baru. Co ciekawe w pubie siedziało 8 kleintów (w tym my) i .. 8 prostytutek. Nie były to może klimaty jak z baru z prostytutkami w Etiopii ale i tak było to dość ciekawe doświadczenie. Spotkaliśmy też tam nawalonego jak bela Babacara, z którym parę godzin wcześniej umówiliśmy wycieczkę do parku narodowego Djoudj.  Widać nasze pieniążki mu służyły. Gorzej, że o 8 rano miał jechać z nami. Na szczęście on tylko pełnił rolę przewodnika a kierował ktoś inny.
Podczas wycieczki poznaliśmy Emilly, turystkę z Paryża, która zaproponowała nam wspólny powrót do Dakaru i nocleg u niej. Mieszkała parę lat w Senegalu a teraz był akurat tutaj na wakacjach. Bardzo sympatyczna kobieta. Wracając do wycieczki. Kolejny raz płynęliśmy pirogiem. Strasznie „wodne” te wakacje. Park jest trzecim największym ornitologicznym parkiem na świecie. Pomimo złej pogody jednak bardzo nam się podobało. Oglądaliśmy dużo ciekawego ptactwa ale największe wrażenie zrobiły na nas pelikany. Co prawda nie było to może takie wrażenie jak zobaczenie pelikana wędrującego ulicam Saint Louis
20161117112542_img_2326
, ale i tak było to ciekawe przeżycie. Setki tych ptaków akurat wracało z połowu w wodach pobliskiej Mauretanii i mogliśmy obserwować je frunące całymi stadami. Przecudowny widok.
2016-11-18-14-18-17
W drodze powrotnej ugadaliśmy się do szczegółów powrotu do Dakaru. Mieliśmy podzielić koszt samochodu a w drodze do stolicy mogliśmy zobaczyć dwie atrakcje jakimi byłu pustynia Lompoul oraz różowe jezioro. Wraz z darmowym noclegiem u Emilly miało to wyjść na to samo jakbyśmy sami mieli jechać do stolicy, bez oglądania wspomnianych atrakcji. Decyzja mogłaby być tylko jedna 🙂
Ostatnie popołudnie spędziliśmy trochę to na leniuchowaniu a trochę na spacerze. Z Michałem w końcu przeszliśmy się znanym mostem zaprojektowanym przez Eiffla ,przywiezionym tu przez francuzów, a łączącym stare miasto położone na wyspie z lądem.
2016-11-18-14-13-05
Część lądowa wyglądała standardowo, jak zdecydowana większość miast Senegalu. Kurz, brud i trochę chaosu. A my sobie tak po prostu chodziliśmy różnymi uliczkami ciesząc się wolnym czasem. Trochę mieliśmy ubaw, kiedy z jednego meczetu przez dobre parę minut śpiewano „laj la laj la la” a brzmiało to jakby parę ludzi z pod budki z piwem przeniosło się do klubu karaoke :d Nie każdy duchowny musi być muzycznie utalentowany. W drodze powrotnej przez most, gdy się już ściemniało, zauważyliśmy, że w naszą stronę z wyspy leci mnóstwo ptaków. Całe chmary. Po chwili dopiero zorientowaliśmy się, że to nie ptaki a ogromne nietoperze. Patrzyliśmy trochę jak zahipnotyzowani, ponieważ nad mostem latały ich setki a z nad starego miasta nadlatywały kolejne. Nigdy w życiu nie widziałem takiej ilości nietoperzy. Saint Louis można śmiało zatem nazwać miastem nietoperzy 🙂
W Senegalu często mieliśmy problemy z rozpoznawaniem ludzi, których już gdzieś wcześniej spotkaliśmy. Nie jesteśmy za bardzo obyci z ludźmi czarnoskórymi w Polsce, stąd też, jeżeli ktoś zmienił na przykład koszulkę to kaplica. Ja jeszcze w sumie radziłem sobie z tym nieźle, ale nadeszła chwila próby. Otóż wieczorem zaczęliśmy się sprzeczać, że człowiek, który załatwiał nam wycieczkę do parku Djoudj a ten który z nami jechał do tego parku to dwie różne osoby.  Ja twierdziłem, że to ta sama osoba, olga że nie. Z czasem Michał uległ argumentacji Olgi i oboje już chcieli mnie przekabacić na swoją wersję. Zrobiliśmy więc zakład. Spotkaliśmy tego samego kolesia (Babacara) na mieście jeszcze raz i Olga rzuciła do niego, że fajnie że był znami dzisiaj w parku(tak, żeby nie pytać go bezpośrednio). On jednak nie za bardzo zrozumiał o co chodzi i Olga wzięła to za koronny argument że mieli rację. Nazajutrz jednak Emilly rozstrzygnęła spór i powiedziła, że to jedna i ta sama osoba. Oficjalnie przynaję sobie order z rozpoznawania czarnoskórych 🙂 Dobra, ale czemu piszę tu o takich głupotach. Bo sprawa nie była taka łatwa. Wieczorem Babacar to król wszystkich barów. Pijany, zabawny, joł ziom, dobrze ubrany i świetnie gadający po angielsku. Natomiast podczas wycieczek, biednie ubrany, wyciorana bejbolówka zamiast modnego kapelusika i angielski na poziomie marnym. Czemu tak ?? Słowo klucz – napiwek. Wtedy jest biednym, strudzonym Senegalczykiem, który wmówi ci, że ta bardzo droga wycieczka to ledwo na utrzymanie rodziny mu starczy. Turyści się pewnie zlitują rzucą grosza. I będzie można znów być królem wieczoru 😉
Wracając  do wydarzeń. Wieczorem Michał z Emilly poszli na dyskoteke (!) ale niestety były prawie same Toubaby. Nie licząc oczywiście paru prostytutek. Atrakcje, które mieliśmy zobaczyć w drodze do Senegalu były całkiem fajne, ale tak jak wszystko tutaj dużo szumu o nic. I baaardzo drogo.  Pustynia w Lompoul. No tak była to pustnia, ba nawet fajne wydmy. Tylko wszystko porośnięte zielonymi krzaczorami, z najwyżej wydmy widać już prawie samą zieleninę. Trochę jak wydmy w Polsce. Niby nie jest źle, ale szału nie ma.
2016-11-21-14-14-31
Tylko, że gdybyśmy jechali sami to zapłacilibyśmy jakieś kolejne, duże pieniądze za w sumie nic specjalnego. Różowe jezioro też nie było niczym specjalnym. Pomijam fakt, że musieliśmy kierować naszego kierowcę za pomocą gpsa, m.in dlatego że nie umiał czytać (co jest nie rzadkie tutaj) i nie widział co napisane jest na znakach drogowych. Znaczy może przesadzam z tym jeziorem. Po prostu pogoda się zepsuła, słońce zeszło za chmury, i tylko przy brzegu było widać ten ciekawy kolor wody.
2016-11-21-14-18-08
To można zaliczyć jednak bardziej do pecha. Różowe jezioro jest znanego ze swojego koloru i w necie można znaleźć mnóstwo przepięknych zdjęć tego miejsca. A wiadomo jak to jest z oczekiwaniami i naszymy wyobrażeniami. Ciężko im sprostać 🙂
Pech jednak nas nie opuścił. Po dotarciu do Dakaru okazało się, że tak naprawdę klucze do mieszkania ma mąż Emilly, z którym była w separacji i z różnych powodów nie mogliśmy tam zanocować. Czekał nas więc niespodziewany wydatek. I poszukiwanie miejsca do spania po zmroku. Nie zafajnie jak na wielomilionowe miasto z bardzo bardzo drogimi noclegami. Szybko zdecydowaliśmy. Jedziemy do „villi onanistów”, czyli miejsca z którego zaczynaliśmy naszą przygodę z Senegalem. Może akurat będziemy mieli szczęście i będą mieli coś wolnego. Tuż przed Villą dopadł nas jeden majfriend i biegł co sił w płucach, żeby nas dogonić i wejść do środka razem z nami, w końcu opłata za przyprowadzenie turystów piechotą nie chodzi. Wtedy odbyła się jedna z zabawniejszych scenek wyjazdu. Jakiś Senegalczyk wyszedł, żeby z nami porozmawiać a Michał rzucił „Where’s Toubab?”, czyli gdzie jest biały. Chodziło mu o franuskiego właściciela hostelu, którego już poznaliśmy. Myślałem, że pękne ze śmiechu. Chodziło, też o to, żeby przegonić majfrienda. Po tym jak Michał rzucił że jesteśmy przyjaciółmi rodziny właścicieli tego przybytku, majfriend zrezygnował i sam sobie poszedł. To była akcja 🙂 Ku naszemu zdziwieniu dostaliśmy ten sam pokój co wtedy. Zmęczeni, przepoceni, ale po raz kolejny się udało 🙂
Ostatni dzień upłynął w świetnym stylu. Najpierw zwiedziliśmy górujący nad miastem pomnik odrodzenia Afryki. Ten potężnych rozmiarów pomnik, przedstawiający rodzinę, został ufundowany.. przez Koreę Północną (sic!). Nie mam pojęcia co i dlaczego, ale może po powrocie uda się wyszukać skąd to się tu wzięło.
2016-11-21-14-19-15
Rozciąga się stamtąd widok na całe miasto, ponieważ pomnik stoi na jednym z dwóch wzgórz, płaskiego jak patelnia Dakaru(dlatego też obydwa wzgórza nazywane są.. piersiami miasta. Dosłownie, tak też stoi na google maps :D). Jeszcze mieliśmy mały spacer do urokliwie położonego meczetu nad oceanem i resztę dnia spędziliśmy leniuchując na plaży Ngor.
2016-11-21-14-18-46
Tam też spotkaliśmy Emilly, która przepraszała nas za wczorajszą sytuację. Tak wypoczęci i zrelaksowani powoli zebraliśmy manatki i … kończymy naszą kolejną podróż 🙁 Teraz już siedzimy w Polskim Busie do Wrocławia i zmierzamy powoli do domów. Na podsumowania, przemyślenia pewnie przyjdzie jeszcze czas, ale relację „na żywo” uznaję za zakończoną. Do następnej podróży 🙂
 

Gambia

Wrażenia z Senegalu

Powrót z tej strony.

2018
Czerwiec
02

Gili gili

Maj
19

Boskie Bali ?

Kwiecień
12

Potęga wulkanu

08

Merbabu

06

A cup of Java

Luty
26

Ziemia Święta

18

Szalom !

2017
Październik
31

Senegal i Gambia - praktycznie

Czerwiec
19

Kwiecień
01

Ninja na skuterze

Marzec
28

Czuka !

21

Vietlove

20

Hue hue hue

14

Niezły Sajgon

Styczeń
12

Wrażenia z Senegalu

2016
Listopad
21

Toubaby w podróży

16

Gambia

15

Giri giri

13

Baobab city

11

... że nepal Fransuła

02

Paryż - Dakar

Październik
01

Blogowanie według Podróżujemy se

Wrzesień
08

Wiedeń na weekend

Sierpień
17

Film z Peru

Czerwiec
24

Huacachina

21

Cordillera Blanca

21

W cieniu wulkanu

16

Colca

15

Brrrrrrr

11

Macchu Pichu

09

Limo w Limie

06

Pierwsze w Amsterdamie, by jeździć na Lamie

02

Miesiąc miodowy

Marzec
16

Mój mały "świat"

Luty
24

Enoralehu

Styczeń
06

Simien - How To

2015
Grudzień
23

Etiopia

Listopad
13

13 months of sunshine

10

Magia Etiopii

05

Ras Dejen

04

When the dreams come true

04

Simien

Październik
29

Uśmiech w podróży

29

Przywitanie z Afryką

23

Początek nowej przygody

21

Film ze Sri Lanki

Wrzesień
24

Home, sweet home

17

Follow the sun

16

5 o'clock

13

Historia pewnego spaceru

10

Kamyczek

08

Pierwsze wrażenia

06

Dłuuuga droga

04

Witaj świecie ;) !

04

Mamy logo !

04

Jedziemy na Sri Lankę !

Sierpień
30

Kambodża