Baobab city

13 Lis 2016 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło

Baobab city

13 Lis 2016 - Brak komentarzy - by Artur Skrzydło
Miło się obudzić z szumem morza przy oknie. Spokój, delikatne słońce wkrada się do naszego pokoju malując pomieszczenie w złote barwy. Leniwie wstajemy,  bo za chwilę czeka nas kolejny dzień wrażeń.
Szukamy człowieka od „rest in peace”,który obiecał nam znaleźć transport do Mbour. Chcemy jeszcze jechać do parku baobabów, gdzie można powspinać się na nie powspinać i pochodzić w parku linowym. Niby wszystko idzie gładko, ale cena którą proponujemy jest na tyle mała, że negocjacje naszego majfrienda się nie udają. Chcemy jechać samochodem, który nas zawiezie do parku, poczeka a potem zawiezie do Mbour.W końcu się udało. Nasz kolega wziął za to 500 CFA (ok 3,5 zł ) od kierowcy, który wliczył to w cenę dla nas. Standard, dlatego majfriendów unikamy jak ognia.
Droga była już typowo Afrykańska, jakaś tam ubita czerwona ziemia. Sam park wyglądał bardzo ciekawie, ale nasze nadzieje na dobrą zabawę skończyły się wraz z pytaniem o cenę. Ponad 120 zł to jednak dużo. Trochę słabo bo miało być znacznie, znacznie taniej. Skoro jednak już się tam znaleźliśmy to coś trzeba było robić. Okazało się, że można przejechać się tyrolką za ok 30 zł. Na początku do tej propozycji podeszliśmy niepewnie, ale gdy zobaczyliśmy liny rozwieszone na jednym z największych baobabów, których koniec znajdował się gdzieś w odległej gęstwinie, zdecydowaliśmy się bardzo szybko. Chwila przygotowania, wspinania się po drewnianej drabince(ktora ze względu na wysokość sama w sobje była atrakcją), i juhhhhuuuu :d zjechaliśmy. Fantastycznie 🙂 Już wiedzieliśmy, że jednak może było warto tu przyjeżdżać.
2016-11-08-22-39-16
Potem spacer wśród baobabów. Ja jeszcze poszedłem trochę wgłąb lasu baobabów, ale gdy zauważyłem jaszczurke znacznie większą niż moja ręka, zdecydowałem się na odwrót.
2016-11-08-22-40-29
Droga do Mbour była już znacznie szybsza, nie licząc stania w korku ze stada krów na początku.
Mbour nie było na początku dla nas łaskawe. Wysadzeni zostaliśmy w centrum miasta i skierowaliśmy się w stronę wybrzeża. Nie mieliśmy pojęcia gdzie szukać, bo w naszym przewodniku nie ma niestety żadnych map. Lokalni naganiacze szybko jednak nas złapali. Jeden nawet gdzieś dzwonił i niby załatwili nam tani nocleg. Kolega miał nas zaprowadzić. Z braku jakiegokolwiek pomysłu poszliśmy za nim. Droga przez plażę wydawała się nie mieć końca. Ciągle było, że to już przy nastepnych palmach, ale cały czas była to ściema. Byliśmy wykończeni. Żar lał się niemiłosiernie z nieba. Znowu chodziliśmy o najgorszej porze dnia, kiedy wszyscy chowają się w cieniu. Z plecakami. W piachu. Plus naokoło milion ton śmieci wokoło setki łódek na plaży. Na końcu okazało się, że cena jest 1/3 droższa, a pokój to jedna z większych nor jakie widzieliśmy. Miły naganiacz pożegnał nas jeszcze milej środkowym palcem. My musieliśmy odpocząć i zastanowić się jak znajdziemy pokój. Spadł on nam jednak niespodziewanie jak gwiazdka z nieba. Obok drogiego hotelu, spytaliśmy kogoś (o dziwo mówiącego po angielsku) a on zadzwonił do bramy wielkiego domu obok. Niespodziewanie, okazało się, że wynajmują pokoje. I cena bajka-przynajmniej jak za tą cenę. Musieliśmy trochę poczekać, ale kolejny raz udało się wbić w 3 do jednego pokoju. Baaa nawet mieliśmy kuchnie na dole, a ogródek był bajka. Mieliśmy naprawdę szczęście. Przemili ludzie dopełniali nasz obraz szczęścia.  Pani bardzo się podobała moja fryzura i nie omieszkała mi jej jeszcze bardziej zmierzwić. Zresztą to nie pierwsza osoba która zwróciła uwagę na moją czupryne. Nie wiem co rano miałem z tymi włosami, ale usłyszałem, że wyglądam jak Neymar 😀
Tak w zasadzie to chyba powinienem napisać, czemu w ogóle do Mbour przyjechaliśmy. Otóż każdego dnia, wraz z zachodem słońca,wszystkie łodzie spływają do portu i odbywa się wielki targ rybny, skąd ryby transportowsne są na cały świat. Burkina Faso, Chiny czy Japonia to tylko jedne z kierunków. Czekając na odpowiednią godzinę poszliśmy coś zjeść i zjedliśmy tani, pyszny posiłek w tym super drogim hotelu, o którym wspominałem wcześniej. Była jakaś promocja na lunch, z czego nasze wołające o pomoc puste brzuchy bardzo się ucieszyły. Najedzeni poszliśmy w miasto gdzie szybko spotkaliśmy pierwszego majfrjenda, jednak był bardzo sympatyczny i pochwalił się znajomością Roberta Lewandowskiego (tam po prawdzie to zaliczyliśmy już całe polskie trio – ludzie znali tu papieża polaka, Lecha Wałęsa i wspomnianego Roberta). Następny majfrjend zaprowadził nas do nieco ukrytego targu z lokalnymi wyrobami artystycznymi. Sam nigdy bym nawet nie pomyślał, że w tym mjejscu może się takie coś znajdować. Wyglądało to bardziej jak wejście do slumsu.
Tak w sumie to wyszliśmy tylko po wodę a chyba nie było nas ponad godzinę. Olga w tym czasie sobie słodko spała, tak słodko, że nie dało się je dobudzić. Niestety ona miała klucze do bramy i byliśmy zmuszenj wołać do niej z ulicy. Dwóm dziewczynom siedzącym na chodniku tak bardzo się spodobało, że zaczęły wołać z nami „Olga, olga”.  Na nic to się jednak zdało. Na szczęście właścicielka budynku nas usłyszała i wpuściła do środku.
Teraz co nieco o meritum dzisiejszego dnia. Na targ rybny doszliśmy w samą porę. Już zaczął się rozładunek.
2016-11-08-22-46-33
Ciężko tak naprawdę opisać to co się działo, bo wrażenie było piorunujące. Plaża zapełniona tysiącami ludzi, co chwilę można było napotkać kupki zwiezionych ryb, wszelakiego rodzaju. Rekiny, płaszczki i bóg wie co jeszcze. Handlujący się ludzie, kobiety w kolorowych strojach wywijające maczetami i rozbebszające co dopiero złowione ryby.
2016-11-08-22-47-36
Wszędzie chaos. Tu ktoś krzyczy, tu koń z wozem wjeżdża do wody, żeby odebrać kolejne ryby z łodzi. Strach przed kradzieżą mieszał się tu z ekscytacją wynikającą z milionem bodzćów atakujących człowieka. Trzeba było mieć oczy dookoła głowy. Spowodowało to, że po targu byliśmy totalnie wykończeni. Pomimo, że spokoju trochę znaleźliśmy w rozmowie z perfekcyjnie mówiącym po angielsku sprzedawcy długopisów. Szkoda tylko, że ludzie tak niechętnie podchodzą tutaj do zdjęć.
2016-11-08-22-42-47
 Jeszcze małe zakupy na wieczór, targowe negocjacje o banany i arbuza i zasuwaliśmy do naszego pokoju, ponieważ zrobiło się ciemno. Tam mieliśmy perfekcyjnie podanego przez Michała arbuza i rozkoszowaliśmy się wieczorem przy piwie.
Tak w sumie w Senegalu jest drogo. Może nie drogo jakoś specjalnie, bo ceny są podobne lub wyższe niż w Polsce ale raj dla backpackerów to na pewno nie jest. Szczególnie jednak doskwierają ceny noclegów. W wielu miejscach nie ma za wiele konkurencji (co ja mówię, w Palmarin nie było jej wcale) i raczej są to ośrodki o dobrym standardzie dla nieco bardziej zamożnych francuzów, których jest tu zatrzęsienie. Także warunki noclegowe są naprawde niezłe, ale i drogie. Niestety nie ma tutaj innego wyboru.
Wracając do naszych wojaży. Następnym punktem był dojazd do Joal Fadiouth, gdzie dojechaliśmy taxi. W zasadzie to dojechaliśmy do Joal, a stamtąd mieliśmy godzinny spacer do Fadiouth. To mała wyspa zbudowana w całości z muszelek. Zamieszkują ją głównie katolicy, ale dobrze wpółżyją z muzułmanami o czym świadczy choćby wspólny cmentarz. Jest to odwrotna proporcja do całego kraju gdzie zdecydowaną większość stanowią muzułmanie. Wyspa może i trochę ciekawa ale jakoś nas nie zachwyciła. Ciekawy był na pewno cmentarz, w końcu nie wszędzie ludzi chowie się w muszelkach.
2016-11-09-21-03-12
Gorzej, że za wstęp na wyspę trzeba było sporo zapłacić. I cena była taka sama niezależnie czy brało się przewodnika czy nie. Śmierdziało przekrętem na kilometr ale co zrobić. Po zwiedzaniu ruszyliśmy w kierunku naszej docelowej destynacji – Palmarin. To była niezła jazda. Zostaliśmy wepchani do starego dostawczego mercedesa. Ogólnie większość publicznych środków transportu to dostawczaki, dlatego .. wchodzi się do nich przez tylnie drzwi. My dostaliśmy vip miejsce z przodu, z dziurawą podłogą i kanistrem między nogami.
20161109132617_img_1130
Śmierdziało benzyną nieziemsko. Na szczęście przejechaliśmy w ten sposób tylko połowę trasy. Na kontroli policyjnej (gdzie kierowcy dają łapówy, czego byliśmy świadkami) kazano nam się przesiąść. Oczywiście typek z poprzedniego busa chciał wykorzystać sytuację i wymusić od nas kasę za bagaże, ale udaliśmy głupich że nic nie rozumiemy i wsiedliśmy do drugiego vana. Tu komfort jazdy znacznie wzrósł. Nie straszyła nas już pobita przednia szyba trzymająca się na słowo honoru i można było bez obaw położyć nogi na podłogę. Panie jadące z nami nawet częstowały nas orzeszkami. Niestety i w tym pojeździe kierowca co kilkanascie minut musiał stawać, żeby chlodzić silnik. Jakby przerw było mało mieliśmy jedną dłuższą, na rozładunek przewożonej blachy falistej do pobliskiej wioski. W czasie przerwy poznaliśmy muzułmańskiego mnicha, który chciał od nas kasę lub jedzenie i że musimy pojechać do Touby, świętego miasta dla muzułman w Afryce Zachodniej. Tłumaczył nam to Ukrainiec(podobno, bo w ogóle nie wyglądał, miał zero wschodniego akcentu) który postanowił się kiedyś nawrócić na islam o zamieszkał tutaj w jakiejś kosmicznej dziurze. Kolejni szaleni ludzie których poznaliśmy 🙂
W Palmarin ledwo daliśmy radę wysiąść bo nawet nie zauważyliśmy, że jesteśmy na miejscu. Od razu podlecieliśmy do jedynego „białego” na horyzoncie który akurat robił zakupy. Pomógł nam od razu i zaprowadził nas do jedynego hotelu w mieście. Srogo drogo, bo za sen pod namiotem (ale ze śniadaniem) musieliśmy zapłacić ok 50zł/os.
2016-11-11-23-06-14
Iago, człowiek, który nam pomagał jest hiszpanem, ale dobrze mówił po włosku dlatego dogadał się za nas z właścicielami hotelu. W ogóle jak narazie, to jest jedyny backpacker jakiego spotkaliśmy w czasie podróży. Oprócz naszej czwórki – nada. Iago od razu się do nas przyłączył. Świetny, serdeczny chłopak. Co ciekawe też bez znajomości francuskiego :d Razem zaszliśmy szukać czegokolwiek do jedzenia. Palmarin bowiem to naprawdę… wielka dziura. Jedna droga, parę sklepów i jak zwykle w Senegalu zasyfiona plaża. Obrazu plaży dopełniał jeszcze wrak statku nieopodal.
2016-11-09-21-00-10
Jedyne dwie otwarte „knajpy” nie miały w ogóle jedzenia. Szczęśliwie dla nas, była jeszcze na uboczu jedna, chrześcijańska knajpa, gdzie poczęstowano nas ryżem i kawałkiem ryby.
20161109162703_img_1166
Najedzeni i szczęśliwi szliśmy w kierunku plaży, jednak żeby dotrzeć tam od strony miasta musieliśmy przejść przez coś ohydną rzekę konczącą się dziwną czarną mazią. Uroki Afryki 🙂
Po spacerze trzeba było jeszcze zdobyć coś na kolację. Poszliśmy więc do sklepu, o którym Iago mówił, że pracuje tam niejaki … Blablacar. Nie mogliśmy uwierzyć, więc poszliśmy sprawdzić sami. Niestety Iago się nieco pomylił, bo jegomość nosił imię Babakar. Co za szkoda 😀 Jednak i tak spędziliśmy trochę czssu na próbach negocjacji sprzedaży nielicznych produktów z jego sklepu. Za bardzo on jednak nie wiedział o co kaman w negocjacjach więc i tak wyszło na cenie wyjściowej.

20161109182918_img_1206


Wieczór minał spokojnie, nie licząc tego, że zgubiłem się z Iago w drodze po mielonke ze sklepu wieczorem i tego, że ogarnialiśmy łódkę na następnu dzień, żeby nie wracać się tylko dostać się dalej na południe, gdzie droga do Gambii miała stać już dla nas otworem 🙂 oczywiście, jak się okazało, była to tylko teoria 🙂

... że nepal Fransuła

Giri giri

Powrót z tej strony.

2018
Czerwiec
02

Gili gili

Maj
19

Boskie Bali ?

Kwiecień
12

Potęga wulkanu

08

Merbabu

06

A cup of Java

Luty
26

Ziemia Święta

18

Szalom !

2017
Październik
31

Senegal i Gambia - praktycznie

Czerwiec
19

Kwiecień
01

Ninja na skuterze

Marzec
28

Czuka !

21

Vietlove

20

Hue hue hue

14

Niezły Sajgon

Styczeń
12

Wrażenia z Senegalu

2016
Listopad
21

Toubaby w podróży

16

Gambia

15

Giri giri

13

Baobab city

11

... że nepal Fransuła

02

Paryż - Dakar

Październik
01

Blogowanie według Podróżujemy se

Wrzesień
08

Wiedeń na weekend

Sierpień
17

Film z Peru

Czerwiec
24

Huacachina

21

Cordillera Blanca

21

W cieniu wulkanu

16

Colca

15

Brrrrrrr

11

Macchu Pichu

09

Limo w Limie

06

Pierwsze w Amsterdamie, by jeździć na Lamie

02

Miesiąc miodowy

Marzec
16

Mój mały "świat"

Luty
24

Enoralehu

Styczeń
06

Simien - How To

2015
Grudzień
23

Etiopia

Listopad
13

13 months of sunshine

10

Magia Etiopii

05

Ras Dejen

04

When the dreams come true

04

Simien

Październik
29

Uśmiech w podróży

29

Przywitanie z Afryką

23

Początek nowej przygody

21

Film ze Sri Lanki

Wrzesień
24

Home, sweet home

17

Follow the sun

16

5 o'clock

13

Historia pewnego spaceru

10

Kamyczek

08

Pierwsze wrażenia

06

Dłuuuga droga

04

Witaj świecie ;) !

04

Mamy logo !

04

Jedziemy na Sri Lankę !

Sierpień
30

Kambodża